Ostatnie wiadomości

Strony: [1] 2 3 ... 10
1
Zespoły / Ślina
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Dzisiaj o 12:53:59 »
Ślina

Druga płyta z nowej serii.
Ślina - Not a bootleg.
Tym razem z Krakowa, z klubu RE, 21.10.2021.
Tym razem w całości.

Na „Not a Bootleg 2” trafił koncert, jaki freejazzowy kwartet Ślina zagrał w październiku ubiegłego roku w Krakowie. Tym razem bez udziału gości. To prawie godzina bardzo emocjonalnej, nierzadko energetycznej i intensywnej improwizacji. Tak dobry, że podsyca apetyt na kolejne odsłony serii.

W renomowanej restauracji jest czymś oczywistym, że po przystawce podadzą nam jeszcze danie główne. W przypadku wrocławskiego kwartetu Ślina taką „przystawką” była omawiana w ubiegłym tygodniu płytka koncertowa zarejestrowana 12 listopada ubiegłego roku (z udziałem saksofonisty Mikołaja Trzaski) w poznańskim Domu Tramwajarza, będąca pierwszą odsłoną serii „Not a Bootleg 1”. Prawie pół roku później doczekaliśmy się w końcu pierwszego „dania głównego”, którym jest kolejny rozdział koncertowych perypetii Śliny, tym razem nagrany podczas występu – już bez gościa (takiego czy innego) – w krakowskim klubie RE 21 października, a więc na prawie trzy tygodnie przed wizytą w stolicy Wielkopolski. O ile na płytce z Poznania (dostępnej jedynie w wersji cyfrowej) znalazło się – z przyczyn technicznych – zaledwie dwadzieścia minut muzyki, na tej z Krakowa (wydanej także na kompakcie) jest jej prawie godzina. Godzina improwizacji freejazzowych i freerockowych z wielkimi inklinacjami awangardowymi.
Kwartet, który tworzą saksofonistka Matylda Gerber (znana również z formacji Sneaky Jesus), odpowiedzialny także za efekty elektroniczne gitarzysta Filip Zakrzewski, kontrabasista i klawiszowiec Mikołaj Nowicki oraz perkusista Stanisław Olek, istnieje już od ponad trzech lat; w tym czasie wydał dwa doskonałe albumy studyjne: „36’28’’” (2019) i „42’00’’” (2021) oraz zagrał sporo koncertów. Jak się podczas nich prezentuje, można zobaczyć i usłyszeć na filmikach dostępnych w sieci, a teraz też na płytach. Jak to często bywa w przypadku wykonawców w stu procentach improwizujących, praktycznie każdy koncert jest inny, niesie odmienne emocje, zależne od konkretnego czasu i miejsca, ale i od nastroju muzyków bądź, a może zwłaszcza, reakcji publiczności na to, co proponują instrumentaliści.

Kiedy światło dzienne ujrzą następne rozdziały tej opowieści, czyli „Not a Bootleg” 3, 4, może nawet 5, na co zresztą bardzo liczę, będzie można dokonać konkretniejszych porównań i analiz. Dostrzec, co muzycy zmieniają podczas kolejnych koncertów, a jakie patenty powtarzają. Jaki wpływ na graną przez nich muzykę ma chociażby wykorzystywane instrumentarium. W przypadku koncertu krakowskiego zaskakiwać może na przykład fakt, że tak znaczącą rolę odgrywa elektronika, która sprawia, że w wielu momentach kwartet zbliża się do stylistyki noise’u (te wszystkie zgrzyty, szumy, przestery i pogłosy…). W innych fragmentach z artystów wychodzą rockmani: potrafią podkręcić poziom mocy, zagrać z większym zaangażowaniem, zahaczyć o transową psychodelię, jakby w młodości nie robili nic innego, tylko wsłuchiwali się w krautrockowych awangardzistów z zachodnich Niemiec. Ale, aby obraz był pełen, należy wspomnieć, że nie brakuje również urywków stonowanych, subtelnych, przesadą byłoby wprawdzie stwierdzenie, że romantycznych, lecz wcale nie tak odległych od klasyków z lat 60. ubiegłego wieku.

Jednego po wysłuchaniu październikowego koncertu Śliny można być pewnym: ich koncert to prawdziwe misterium. Nawet jeśli improwizowane, to w pełni przemyślane, zbudowane na zasadzie kontrastów stylistycznych i brzmieniowych. Dużo w tej muzyce przestrzeni, każdy z instrumentalistów ma szansę, aby zaistnieć; absolutnie nie jest tak, że wszystko zostaje zdominowane przez liderkę projektu (bo czy tego chce, czy też się odżegnuje, to właśnie Matylda Gerber jest frontmenką kwartetu i w niej widzi się też jego liderkę). Przeciwnie. Po wysłuchaniu „Not a Bootleg 2” można wręcz narzekać, że tak mało jest saksofonów, że często na plan pierwszy wybijają się albo gitara, albo loopy przygotowane przez Filipa Zakrzewskiego. Czy coś w tym złego? Absolutnie. W czasie ubiegłorocznej jesiennej trasy Ślina na pewno zagrała i takie koncerty, podczas których to saksofon grał „pierwsze skrzypce”. I pewnie za czas jakiś – parę tygodni? parę miesięcy? – i one zostaną opublikowane. A na razie raczmy się tym, co już mamy: rejestracjami doskonałych występów w Poznaniu i Krakowie.

Sebastian Chosiński

1. Live at RE, Kraków, 21.10.2021 56:18

Matylda Gerber - saksofon altowy, saksofon tenorowy, saksofon barytonowy
Filip Zakrzewski - gitara elektryczna, efekty elektroniczne
Mikołaj Nowicki - kontrabas, syntezatory
Stanisław Olek - perkusja

https://www.youtube.com/watch?v=WzUS2cHRWKw
2
Muzycy / Mariusz Duda
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Dzisiaj o 12:50:36 »
Mariusz Duda

Lockdown Trilogy to luksusowy 4-płytowy box prezentujący projekt Mariusza Dudy z instrumentalną muzyką elektroniczną. Wydawnictwo zawiera trzy oddzielne albumy, Lockdown Spaces, Claustrophobic Universe i Interior Drawings oraz bonusową EP-kę Let’s Meet Outside, zawierającą nowy, wcześniej niepublikowany materiał, który został przygotowany specjalnie na potrzeby tego wydawnictwa. Grafika jest autorstwa Hajo Müllera, a broszura zawiera ekskluzywne teksty i zdjęcia. W zestawie znajdzie się też ekskluzywna pocztówka podpisana przez artystę.

W 2020 roku Mariusz Duda (Riverside, Lunatic Soul) postanowił przeprowadzić eksperyment. Stworzył trzeci muzyczny świat, niezależny od swojego zespołu Riverside i solowego projektu Lunatic Soul. Świat, który różnił się stylistycznie od dwóch poprzednich i podkreślał pierwsze kroki, jakie stawiał w muzyce.

30 lat temu pewien nieśmiały chłopak, zafascynowany twórczością Jeana Michela Jarre'a, Vangelisa czy Tangerine Dream, zamknął się w swoim pokoju i zaczął wymyślać swoje oryginalne muzyczne historie. Nagrywał je na kasety magnetofonowe, tworzył do nich okładki i układał na półce obok płyt swoich mistrzów. 30 lat później, gdy świat zawładnęła pandemia i lockdown, Mariusz został przeniesiony z powrotem do sypialni z dzieciństwa, gdzie czytał i rysował komiksy, grał w gry, słuchał muzyki z kaset magnetofonowych... i nagrywał własne elektroniczne dźwięki. "Dlaczego nie zrobić tego ponownie?" pomyślał, czując się natchniony. "Dlaczego by nie stworzyć nowego projektu, w którym będę grał tylko na klawiszach? I dlaczego nie podpisać go tak jak kiedyś, kiedy byłem dzieckiem? Po prostu 'Mariusz Duda'". I dokładnie to zrobił. W latach 2020-2021 nagrał i wydał w sieci trzy elektroniczne albumy, które składają się na Lockdown Trilogy.

1. Isolated [05:51]
2. Lockdown Spaces [02:54]
3. Bricks [06:32]
4. Waiting [02:08]
5. Thought Invaders [04:20]
6. Pixel Heart [05:26]
7. Silent Hall [01:09]
8. Unboxing Hope [05:00]
9. Screensaver [00:55]

Mariusz Duda - piano, keyboards, various synthesizers, vocals, samples and all other sounds

https://www.youtube.com/watch?v=I-HoYK_1OiI
3
Zespoły / Traveling Wilburys
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Sierpień 14, 2022, 17:38:18  »
Traveling Wilburys

Drugą połowę lat 70. i znakomitą część lat 80. George Harrison musiał zapisać po stronie minusów. Tworzył, nagrywał, ale… Właściwie od czasu albumu „Dark Horse” włącznie twórca monumentalnego, trzypłytowego „All Things Must Pass” – bez zbytniej przesady: najlepszego solowego albumu któregokolwiek z Beatlesów – obniżał loty (może z wyjątkiem „Somewhere In England”). I po rynkowej porażce płyty „Gone Troppo” właściwie wycofał się z aktywnej działalności twórczej. Za to pojawiał się na scenie. Między innymi u boku pewnego muzyka, również będącego w dość kryzysowym momencie kompozytorskim.

Po zarejestrowaniu kilku nagrań na album „Xanadu” Jeff Lynne postanowił zwinąć sztandar Elektrycznej Orkiestry Kameralnej, zdecydowany skupić się na pracy za konsoletą. Tyle że kontraktowo ciągle zalegał wytwórni trzy premierowe albumy. Bez specjalnego zaangażowania, z okrojonym do kwartetu składem ELO zarejestrował je – jak sam po latach otwarcie przyznawał – na odczepnego, bez serca. Co prawda „Time” był albumem co najmniej bardzo dobrym, ale już „Secret Messages” budził mocno mieszane uczucia, a nagrany w trio „Balance Of Power” zasługiwał niestety na miano najgorszej płyty zespołu. Potem Lynne przez rok leniuchował. A potem…

Zaczął od współpracy z muzykiem, który u boku Orkiestry wystąpił na jednym z ostatnich jej koncertów, charytatywnym występie w marcu 1986 roku. Niejakim George’em Harrisonem. Efekt tej współpracy słuchacze usłyszeli w roku 1987 na bardzo dobrej płycie „Cloud Nine”. Płyta ta przyniosła szereg przebojowych singli (w tym niezwykle popularny cover „Got My Mind Set On You” Rudy’ego Clarka). Na kolejnym singlu miała znaleźć się piosenka „This Is Love”. Tyle że brakowało nagrania na stronę B. Podczas dyskusji, co na tej stronie B zamieścić, Lynne rzucił luźny pomysł, by gościnnie zaprosić do nagrania wciąż nieistniejącego utworu innego przeżywającego właśnie renesans popularności muzyka, z którym miał wkrótce wejść do studia – Roya Orbisona. Big O od razu się zgodził; praca nad utworem ruszyła w Malibu, w domowym studio niejakiego Boba Dylana. Gospodarz w pewnym momencie chwycił gitarę i dołączył do muzykującej trójki. Po pewnym czasie pojawił się jeszcze jeden znajomy Harrisona – Tom Petty (George wpadł z wizytą do Toma i zostawił u niego gitarę; udał się po gitarę, wrócił do studia z nią i z Tomem). Cała piątka (a właściwie szóstka – wspomagał ich perkusista Jim Keltner) spontanicznie, na luzie stworzyła i zarejestrowała utwór, zatytułowany „Handle With Care” (który to tytuł przepisali ze stojącego w studiu kartonowego pudła). Po czym panowie się rozeszli. I w tym momencie odezwali się szefowie wytwórni Warner Bros. Stwierdzili, że piosenka nie nadaje się na stronę B singla – bo po prostu jest na to za dobra (jak się okazuje, w wytwórniach też czasem pracują ludzie inteligentni). Piątce panów tak dobrze się razem pracowało, że wiosną 1988 w ciągu dziesięciu dni nagrali razem cały album, ukrywając się pod pseudonimami – występowali jako fikcyjni bracia Wilbury. Tak też nazwali swój zespół – Traveling Wilburys.

W ten sposób, spontanicznie, nieco przypadkowo, ukonstytuowała się jedna z największych supergrup w historii. W przeciwieństwie do wielu podobnych sobie – muzycy ją tworzący nie byli wybitnymi instrumentalistami, całość nie była wyładowana szalonymi pOPISami solowymi. Traveling Wilburys był zespołem wybitnych songwriterów (zacznijmy od tego: w jednym zespole występowali ramię w ramię na równych prawach Bob Dylan, Jeff Lynne i George Harrison…). Do tego produkcją zajął się – przy współpracy Harrisona - wtedy już uznany mistrz konsolety, Jeff Lynne. Wydana w październiku 1988 płyta zatytułowana po prostu „Traveling Wilburys Volume 1” była dużym sukcesem komercyjnym i – przede wszystkim – dużym sukcesem artystycznym.

Płyta przyniosła muzykę programowo nienowoczesną, tradycyjną wręcz: klasyczne, rockowe granie, z żywymi, tradycyjnymi bębnami miast – tak typowego dla wielu produkcji lat 80. – charakterystycznego huku elektronicznych tykw Simmonsa. Udział syntezatorów ograniczono do minimum. Królowały żywe, ciepło, naturalnie brzmiące, często akustyczne gitary i harmonie wokalne, uzupełniane od czasu do czasu saksofonem.

Choć wszystkie utwory podpisali Wilburys jako kolektyw – każdy utwór zasadzał się na pomyśle jednego z muzyków, rozwijanym wspólnie. Tom Petty przyniósł opartą na rytmie reggae, żartobliwą piosenkę „Last Night” i podobnie lekką w nastroju „Margaritę”. Jeff Lynne dostarczył hołd dla klasycznego rock’n’rolla – „Rattled” – i ciepłą, poruszającą piosenkę w całości zaśpiewaną przez Big O (pięknie zapowiadającą klimat bardzo dobrej płyty „Mystery Girl” – „Not Alone Any More”. Dziełami Dylana była: podbita zimnym brzmieniem syntezatora, właściwie jedyna nowocześnie brzmiąca na całej płycie ballada „Congratulations” – z boleśnie ironicznym tekstem (Congratulations for breaking my heart/Congratulations for tearing it all apart). Bardziej tradycyjnie brzmiały „Tweeter And The Monkey Man” – z tekstem nieco kojarzącym się z typowo dylanowskimi strumieniami świadomości – i żartobliwy „Dirty World”. Do tego Harrisonowskie „Handle With Care” (na singlu utknęło – niezasłużenie – w piątej dziesiątce zestawień) – rzecz urody wyjątkowej: oparta na zgrabnym riffie, z Harrisonowską zwrotką, ciepłym, chwytliwym, magicznym bridge’em Orbisona i refrenem – za pierwszym razem w wykonaniu Boba i Toma, za drugim Jeffa i Big O, do tego promowana bardzo fajnym teledyskiem. George dostarczył jeszcze dwie porywające kompozycje – finałową „End Of The Line” i „Heading For The Light”. Całość tchnęła atmosferą radosnego, przyjacielskiego muzykowania w gronie dobrych znajomych: nie było tu ani śladu kalkulacji, muzyka kwintetu emanowała radością grania, swobodą i luzem.

W przeciwieństwie do singla „Handle With Care” – płytę przyjęto bardzo ciepło: skończyło się prawie rokiem na listach najlepiej sprzedawanych płyt i potrójną platyną w Stanach – dla Dylana, Lynne’a i Orbisona był to największy sukces komercyjny od lat. Panowie postanowili kontynuować współpracę, mówiło się o koncertach – i wtedy przyszedł cios. 6 grudnia 1988 zmarł na serce Roy Orbison. Początkowo Wilburys rozglądali się za następcą – mówiono o Delu Shannonie, prasa też wymieniała różnych kandydatów (najpoważniej brzmiała kandydatura Marka Knopflera), jednak ostatecznie panowie doszli do wniosku, że Roy był jedyny i niepodrabialny. I drugi i ostatni album kolektywu – „Volume 3”, już nie tak znakomity, ale również udany – nagrali tylko w czwórkę.

Przez długie lata zdobycie wersji CD tego albumu (winylowej zresztą też) graniczyło z cudem; ostatecznie w roku 2007 ukazała się efektowna, zbiorcza reedycja obu albumów, przynosząca parę niepublikowanych nagrań, płytę DVD z filmem dokumentalnym o powstawaniu albumu i grubą książeczką. I dobrze, że tak się stało – bo to jest jedna z najlepszych płyt lat 80. Stworzona – zdaniem niektórych – przez jedyną rockową supergrupę, która na takie miano naprawdę zasłużyła.

Piotr 'Strzyż' Strzyżowski


1. Handle With Care 3:20
Tom Tom – Ian Wallace

2. Dirty World 3:29
3. Rattled 2:59
4. Last Night 3:51
5. Not Alone Any More 3:25
6. Congratulations 3:29
7. Heading For The Light 3:36
8. Margarita 3:16
9. Tweeter And The Monkey Man 5:27
10. End Of The Line 3:26
Bonus Tracks:
11. Maxine 2:49
Guitar Solo, Backing Vocals – Ayrton Wilbury

12. Like A Ship 3:31
Backing Vocals – Ayrton Wilbury
Guitar Solo, Backing Vocals – Otis Wilbury

Nelson Wilbury [George Harrison] – Lead Guitar, Slide Guitar, Lead & Backing Vocals
Otis Wilbury [Jeff Lynne] – Rhythm Guitar, Keyboards, Lead & Backing Vocals
Charlie T. Wilbury Jnr. [Tom Petty] – Bass, Lead & Backing Vocals
Lefty Wilbury [Roy Orbison] – Acoustic Guitar, Lead & Backing Vocals Lucky Wilbury [Bob Dylan] – Acoustic Guitar, Harmonica, Lead & Backing Vocals
Buster Sidebury [Jim Keltner] – Drums
Jim Horn – Saxophone
Ray Cooper – Percussion
Ian Wallace – Tom Toms

https://www.youtube.com/watch?v=rwvZMepkOOc
4
Różne takie / Płyta Rare Bird (polskie wydanie)
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Sierpień 14, 2022, 17:35:58  »
W połowie lat siedemdziesiątych pojawiły się w krajowych sklepach muzycznych trzy zagadkowe płyty, wydane przez Polskie Nagrania na licencji firmy Phonogram. Wszystkie były kompilacjami nagrań mało znanych wówczas w kraju zespołów (oczywiście poza grupą wtajemniczonych). Były to: Keith Emerson & The Nice!, Atomic Rooster oraz Rare Bird. Polskie wydania łączyło jedno   koszmarne okładki, czyniące jednak zawartość jeszcze bardziej tajemniczą.

Trudno dziś dociec dlaczego wybrano akurat te grupy, nie mniej jednak zawartość każdej z płyt okazała się nad wyraz intrygująca. Dziś o jednej z nich.

Kilka tygodni temu brytyjskie niezależne wydawnictwo Esoteric Recordings, specjalizujące się w reedycjach rocka progresywnego, folku, psychodelii i jazz-rocka z lat 70. XX wieku, wydało sześciopłytowy box grupy Rare Bird, zawierający nie tylko kompletną dyskografię zespołu w wiernie odwzorowanych okładkach typu mini LP, a także dodatkowo na szóstym krążku nie publikowany wcześniej jej londyński koncert z 1974 roku.

Rare Bird, to formacja dziś nieco zapomniana, choć niesłusznie. Przyznam, że wiele lat temu, po wielokrotnym przesłuchaniu wydanej wówczas składanki zespół, urzekł mnie na długo, jednak wówczas w naszych warunkach dotarcie do innych jego nagrań było niemożliwe.

Grupa powstała w październiku 1969 roku, kiedy Graham Field (a właściwie Stansfield) i Dave Kaffinetti (obaj grający na klawiszach) oraz perkusista Mark Ashton i wokalista Steve Gould wpadli na pomysł stworzenia formacji o oryginalnym brzmieniu organowym, uzupełnianym przez elektryczne pianino, gitarę basową (bez prowadzącej) oraz perkusję. Zadebiutowali singlem  Sympathy, który okazał się ich jedynym przebojem, jednak na tyle intrygującym, że po latach przypomniały go inne zespoły. W 1970 roku utwór włączył do swego repertuaru The Family Dogg, a w 1992 zaprezentował Marillion. Trudno się dziwić, gdyż tekst piosenki, mówiący o braku empatii we współczesnym świecie, okazał się ponadczasowy.

W latach późniejszych brzmienie i skład Rare Bird ulegał zmianom, jednak śpiew Goulda nadal intrygował. Co ciekawe, zespół zyskał większą popularność za granicą, niż w rodzimej Anglii. Ich muzyka, zwłaszcza na dwóch pierwszych albumach, to początki rocka progresywnego. Później grupa porzuciła eksperymenty na rzecz bardziej konwencjonalnych utworów z pogranicza rocka i popu.

Album wydany w Polsce, był kompilacją dwóch pierwszych płyt zespołu. Otwierało go  Sympathy, będące wizytówką grupy. Kolejny utwór  Down On The Floor, zaczerpnięty z drugiego albumu, to podniosła, wręcz barokowa kompozycja, z narastającą dynamiką, wzbogacona dźwiękami przypominającymi klawesyn. Trzeci, dość bezbarwny  Nature Frutis? był powrotem do pierwszej płyty. Stronę A kończyła kompozycja  As Your Mind Flies By, będąca zaledwie pierwszym rozdziałem dwudziestominutowej czteroczęściowej epickiej suity  Flight? z drugiego krążka zespołu.

Strona B przyniosła również cztery kompozycje, dwie z pierwszego i dwie z drugiego albumu. Zwracał uwagę delikatny  What You Want To Know oraz pełen patosu i ciężkich akordów  Hammerhead, przeplatanych delikatnym brzmieniem fletu.

Niedawno wydany box Esoteric Recordings pozwala zapoznać się z tymi kompozycjami w kontekście całych płyt. W takim układzie zdecydowanie zyskują. Na drugim krążku, zatytułowanym właśnie  As Your Mind Flies By znalazła się pełna wersja suity  Flight, przypominająca najlepsze dokonania spod znaku Pink Floyd. Uwagę przykuwają potężnie brzmiące akordy organów i wokal, pełen kolorystycznych i dynamicznych niuansów. Słychać chór oraz inspiracje, wywodzące się z muzyki klasycznej. Podobieństwa dotyczą jedynie struktury, bowiem całość jest w pełni oryginalna i fascynująca.

Trzeci album Rare Bird, zatytułowany  Epic Forest powstał po przerwie i znaczących zmianach personalnych. Z pierwotnego składu pozostał jedynie Gould i Kaffinetti. Do zespołu dołączył grający na gitarze Ced Curtis, basista Paul Karas i perkusista Fred Kelly.

Brzmienie zmieniło się radykalnie. Przypomina nieco klimat The Allman Brothers Band, Cream i Fleetwood Mac. Powstała dobra płyta, jednak brak jej oryginalności i świeżości dwóch pierwszych albumów. Na uwagę zasługuje blisko dziesięciominutowy improwizowany utwór  You?re Lost?, który po delikatnym gitarowym wstępie i jak zwykle przejmującym śpiewie wokalisty przeradza się w ciekawy popis instrumentalistów, pełen różnorodnych barw.

Później grupa wydała jeszcze dwie płyty:  Somebody's Watching oraz  Born Again, jednak nie wniosły one do jej dorobku niczego nadzwyczajnego. Bardzo interesującym dodatkiem do boxu jest wspomniany wcześniej londyński koncert grupy.

Formacja funkcjonowała do 1975 roku, po czym definitywnie rozpadła się. Dobrze się więc stało, że wydawnictwo Esoteric Recordings wydobyło ją z mroku zapomnienia. Szczerze polecam.

Krzysztof Wieczorek
5
Różne takie / Satisfaction (The Rolling Stones)
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Sierpień 14, 2022, 17:30:01  »
https://www.thisdayinmusic.com/liner-notes/i-cant-get-no-satisfaction/?fbclid=IwAR1bXgnLjd3RqHvKz3TjZ1lqS5tLbqlqAg7wrCDeK1a94Oz5csS8VmSoCC8

10 lipca 1965 The Rolling Stones rozpoczęli czterotygodniową passę na pierwszym miejscu amerykańskiej listy singli z „(I Can't Get No) Satisfaction”, pierwszym topem grupy na tym rynku. W Wielkiej Brytanii piosenka była początkowo grana tylko w pirackich stacjach radiowych, ponieważ jej teksty uznano za zbyt sugestywne seksualnie.

Dwa miesiące wcześniej Keith Richards nagrał szorstką wersję riffu w pokoju hotelowym na Florydzie, przepuszczając go raz przed zaśnięciem. Później powiedział, że kiedy odsłuchał go rano, było około dwóch minut gry na gitarze akustycznej, zanim można było usłyszeć, jak upuszcza kostkę, a następnie Richards chrapie przez następne czterdzieści minut. Następnego dnia Keith Richards opracował otwierający gitarowy riff „Satisfaction”, po zakupie fuzzboxa Gibson Maestro. (Sukces piosenki zwiększył sprzedaż Gibsona fuzzbox, tak że cały dostępny asortyment wyprzedał się do końca 1965 roku!)

Jeden z najsłynniejszych 3-nutowych riffów gitarowych w historii, skończony utwór dał The Stones swój pierwszy numer 1 w Stanach Zjednoczonych. Piosenka była początkowo grana tylko w pirackich stacjach radiowych, ponieważ jej teksty uznano za zbyt sugestywne seksualnie.

Keith Richards powiedział, że riff gitarowy wymyślił we śnie, budząc się w środku nocy. Gitarzysta następnie nagrał riff i słowa „Nie mogę uzyskać żadnej satysfakcji” na swoim przenośnym magnetofonie i szybko zasnął.

Jagger powiedział później: „Brzmiało to jak piosenka ludowa, kiedy po raz pierwszy zaczęliśmy nad nią pracować, a Keithowi się to nie podobało, a Richards był zaniepokojony, że riff brzmiał zbyt podobnie do „Dancing in the Street” Marthy i Vandellas.

Kiedy Rolling Stones wykonali piosenkę w programie telewizyjnym Shindig! w 1965 r. cenzurowano wers „próbuję zrobić dziewczynę”. Czterdzieści lat później, kiedy zespół wykonał trzy piosenki podczas przerwy w przerwie Super Bowl XL w lutym 2006 roku, „Satisfaction” była jedyną z trzech piosenek, które nie zostały ocenzurowane podczas transmisji (pozostałe dwie to „Start Me Up” i „ Twarda sprawiedliwosć").

Utwór był szeroko opisywany przez różnorodną mieszankę aktów, z których niektóre nie pozostawiają słuchacza żadnej satysfakcji! Wersje Otisa Reddinga, Devo i Arethy Franklin są warte posłuchania, ale unikaj wersji Britney Spears, Vanilla Ice i… Billa Cosby'ego.

W 2004 roku magazyn Rolling Stone umieścił „Satysfakcję” na drugim miejscu na swojej liście 500 najlepszych piosenek wszechczasów.
6
Zespoły / Kumka Olik
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Sierpień 12, 2022, 14:25:03  »
Kumka Olik

To utalentowani ludzie, którzy cały czas się rozwijają” –mówi o KUMKA OLIK Wojciech Waglewski. Słowa lidera Voo Voo potwierdza najnowszy krążek zespołu „Nowy Koniec Świata”. Mało tego, jedna z ikon polskiej sceny muzycznej, pojawia się na tej płycie - grając na gitarze i śpiewając gościnnie w utworze „Przepowiadanie przez powtarzanie”. Pierwszym singlem promującym album jest znakomita piosenka „Szukam się”, którą od dłuższego czasu grają rozgłośnie radiowe.

O swoim nowym albumie sami muzycy mówią:
'Chcieliśmy mieć piosenki, najlepsze jakie potrafimy stworzyć. I gitary, dużo gitar. Teksty są osobiste, mniej sowizdrzalskie i dalekie od banału'.

Rzeczywiście, łatwość z jaką Kumka Olik generują gitarowe hity musi budzić podziw. Mocna sekcja i iskrzące riffy sugerują fascynację współczesnym amerykańskim rockiem, zaś doskonałe melodie przywołują najlepsze tradycje polskiej muzyki lat 80-tych. Zespół braci Holak na „Nowym końcu świata” nie tylko uwodzi młodzieńczym entuzjazmem, ale przede wszystkim pozytywnie zaskakuje świetnym warsztatem, znakomitymi pomysłami aranżacyjnymi, witalną energią. Kumka Olik dorośli i nabrali doświadczenia – to po prostu znakomicie zgrany rasowy rockowy skład.
Nic dziwnego, że sami muzycy mówią z przekonaniem 'To nasz najlepszy materiał'.

Płytę zrealizował Szymon Swoboda z pomocą zespołu, miksem zajął się zaś Ben Findlay, współpracownik m.in. Petera Gabriela, Stinga, Jeffa Becka, Massive Attack czy Primal Scream, a także Anny Marii Jopek.

https://decybeledizajnu.com/recenzje/projektowy-koniec-swiata/

1. Bomby
2. Na dobry koniec
3. Na fale
4. Szukam się
5. Ta zima musi minąć
6. Wystarczy biec
7. Przepowiadanie przez powtarzanie
8. Lepiej smutno niż wcale
9. W kosmicznym statku nudzę się
10. To wszystko czego boje się
11. Wyjedźmy stąd

https://www.youtube.com/watch?v=W9zeeUuI83I
7
Zespoły / Grupa Bluesowa "Stodoła"
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Sierpień 11, 2022, 22:31:33  »
Materiał z http://polskibigbitinietylko.blogspot.com/2012/03/grupa-bluesowa-stodoa.html

Grupa Bluesowa "Stodoła"

Zespół wokalno-instrumentalny Grupa Bluesowa "Stodoła" został założony jesienią 1969 r. w Warszawie. Inicjatorami powstania grupy byli: Halina Szemplińska, Tomasz Bielski i Władysław Dobrowolski (ur. 5.01.1939 r. w Warszawie). Muzycy wybrali repertuar oparty na bluesie, a mecenasa znaleźli w klubie "Stodoła". Początkowo w skład zespołu wchodzili: Ewa Bem - śpiew; H. Szemplińska - śpiew; Janusz Drozdowski - gitara; Ryszard Sułek - gitara; Jerzy Pawełko - saksofon tenorowy, saksofon altowy; W. Dobrowolski - trąbka; Tomasz Szachowski - pianino; Jerzy Kruszyński - puzon i Cezary Ziółkowski - perkusja. Kierownictwo artystyczne sprawowali T. Bielski i Bogusław Choiński. Wkrótce nastąpiła reorganizacja składu. Odeszli gitarzyści J. Drozdowski i R. Sułek, pojawili się: Barbara Erie - śpiew; Andrzej Thenard - śpiew; Andrzej Krzysztofik - gitara; Wojciech Zalewski - kontrabas i Mieczysław Mazur - pianino.
  Grupie udało sie odnieść sukces we Wrocławiu podczas VII Festiwalu "Jazz nad Odrą" (6-8.03.1970). E. Bem otrzymała tam wyróżnienie za interpretację standardu "Summertime". Udanym przedsięwzięciem formacji było opracowanie przez J. Drozdowskiego jasełkowego misterium, którego premiera odbyła się w 1970 r. Fragmenty spektaklu znalazły sie na jedynej płycie zespołu.
  Skład grupy ulegał częstym zmianom. Latem 1970 r. zespół opuścili E. Bem i W. Zalewski. Doszli: Duda Napieralska - śpiew i Teodor Ratkowski - śpiew. Po nagraniu płyty długogrającej odeszli: A. Thenard, D. Napieralska, T. Ratkowski, M. Mazur, J. Kruszyński i C. Ziółkowski.
  W 1971 r. Grupę Bluesową "Stodoła" tworzyli: B. Erie - śpiew; H. Szemplińska - śpiew; Danuta Mandowska - śpiew; Bogusław Teper - śpiew; Eugeniusz Dytło - śpiew, klarnet; A. Krzysztofik - gitara; Jacek Jasiński (eks Co Wy Na To) - gitara basowa; Mariusz Mroczkowski (eks Big Beat Sextet) - pianino, śpiew; J. Pawełko - saksofon tenorowy; W. Dobrowolski - trąbka; Zbigniew Mrozowski - perkusja. Wiosną A. Krzysztofika zastąpił Z. Cyceń - gitara, a później M. Mroczkowskiego - Waldemar Lubański - pianino, skrzypce, śpiew. W tym składzie opracowano program poetycko-muzyczny "Afryka, misterium, kwiaty". Z końcem roku formacja zmieniła nazwę na Grupa Bluesowa "Warszawa", uczestniczyła w cyklicznym programie radiowym "Gdzie jest blues?". W zespole występowali m. in. Waldemar Czapkiewicz - girara basowa i Adam Błaszyński - instrumenty perkusyjne.
  Zmierzch kariery grupy przypadła na rok 1972, a jego tradycje kontynuował zespół Gramine, w którym znalazło zatrudnienie wielu członków Grupy Bluesowej "Stodoła". W. Dobrowolski zorganizował z końcem roku grupę Ogień. A. Thenard znalazł sie w zespole Stana Borysa, wiosną 1972 r. założył Folk Trio, które współtworzyli: Tomasz Dziubiński (eks zesp. Antoniego Kopffa) - gitara i Jerzy Górzyński (eks zespół Maryli Rodowicz) - gitara basowa.

NAGRANIA PŁYTOWE

LP XL/SXL 0761 Muza
BLUESEŁKA
Everybody Do Betlehem Blues / Etylina blues / Hotel komplet blues / Blues o kamieniu probierczym / Kolęda blues / Nie ma dziury w niebie / Robaczywy blues / Komenda blues / Na ogół blues / Per pedes blues / Rytm and blues
 Nagrano we wrześniu 1970 r.
Skład: B. Erie - śpiew (2,5,8,9,11); D. Napieralska - śpiew; H. Szemplińska - śpiew (1,4,7,9-11); T. Ratkowski - śpiew; A. Thenard - śpiew (5,6,9-11); A. Krzysztofik - gitara; M. Mazur - pianino, organy; J. Pawełko - saksofon tenorowy; W. Dobrowolski - trąbka; J. Kruszyński - puzon; C. Ziółkowski - perkusja

NAGRANIA RADIOWE

1970:
Zaśnij; W szeregu zbiórka

Źródło: Encyklopedia Polskiej Muzyki Rockowej - ROCK"N"ROLL - 1959-1973   Autorzy: Jan Kawecki, Janusz Sadłowski, Marek Ćwikła, Wojciech Zając (Wyd. "ROCK-SERWIS" Kraków, 1995)
8
Zespoły / Analog
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Sierpień 10, 2022, 23:04:31  »
Analog

Album "Analogia" [2004]

1. Rabbits On The Grass   3:17
2. Kolejka Po Miłość   3:27
3. Wierzę   2:40
4. Migotka   3:28
5. Fabryka Aniołów   3:24
6. Lives   3:14
7. Akceptacja   4:00
8. Historia Na 6/8   4:10
9. Spokojna   3:59
10. Inna   3:16
11. I Chase The Wind   4:37
12. Nanahej   4:14
13. Królewicz - Poszukiwany   9:29

Bass - Paweł Gawlik
Drums - Włodzimierz Tafel
Guitar - Radosław Chwieralski, Wojciech Trusewicz
Vocals - Monika Wierzbicka

https://www.youtube.com/watch?v=dHvmncf_2lk

Album "Ulica wolności" [2005]

"Ulica Wolność" to druga płyta w dorobku zespołu, jednak niezwykle istotna. Jest dowodem na to, że zespół nie stanął w miejscu, lecz rozwija się. Kierunek rozwoju docenił Stanisław Soyka, który wziął gościnny udział na płycie m.in. w piosence "Monolgi...", która już od kilku tygodni na dobre zagościła na liście przebojów Radia WAWA. Płyta składa się z 4 rozdziałów: Rozliczenia ciąg dalszy (kontynuacja poprzedniej płyty); Popularne stany świadomości (rozdział wskazujący w którym kierunku podąża ewolucja Analogu); Fascynacje (dwa covery które miały wpływ na twórczość zespołu); Upominek na zakończenie (utwór w którym Staszek Soyka może wielu zadziwić). Pomimo 4 części, ewoluujących klimatem, płyta okazuje się zaskakująco spójną całością.

ROZLICZEŃ CIĄG DALSZY:
1. Trzy Razy w Drzwi
2. Judgement
3. Wstrząsająca Historia Usłyszana Gdzieś Tam
4. Kołysanka dla Vłodiego
5. I Feel Anger

POPULARNE STANY ŚWIADOMOŚCI:
6. Monologi - Człowieka Trzeba
7. Błagam Was
8. 'Teraz' to Cud
9. Koniec Początkiem
10. Zwyczajny
11. Dlaczego?

FASCYNACJE:
12. Jest Taki Samotny Dom
13. The Show Must Go On

*
14. Dobranocka

Monika Wierzbicka - głos
Paweł Gawlik - gitara basowa
Radek Chwieralski - gitara
Włodi Tafel - perkusja

https://www.youtube.com/watch?v=m6YzmtLgJbY
9
Zespoły / Variete
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Sierpień 09, 2022, 23:35:23  »
Variete – polski zespół nowofalowy założony w 1983 roku w Bydgoszczy. Zespół zadebiutował na Festiwalu Muzyków Rockowych w Jarocinie w 1984, zdobywając wyróżnienie. Grupa zyskała miano prekursorów polskiego cold wave, łącząc muzykę z tekstami poety i wokalisty Grzegorza Kaźmierczaka. Grupa ponownie pojawiła się na festiwalu w Jarocinie w latach 1985 (nagroda główna – Złota Dziesiątka), 1986 (już jako gwiazda), 1990, 1991, 1992 (nagroda Burmistrza miasta) i 1994. W pierwszym składzie znaleźli się: wokalista, autor tekstów Grzegorz Kaźmierczak, a także Wojciech Woźniak (gitara basowa), Jacek Buhl (perkusja), Radosław Urbański (gitara) i Sławomir Abramowicz (saksofon). Wstawka zawiera utwory zarejestrowane w 1988 roku podczas sesji nagraniowej. Niestety nie ukazały się nigdy na oficjalnym wydawnictwie.

https://www.youtube.com/watch?v=OL_R2oR_j5E

[więcej tu:  https://pl.wikipedia.org/wiki/Vari%C3%A9t%C3%A9]
10
Zespoły / Iamthemorning
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Sierpień 09, 2022, 23:24:47  »
Iamthemorning

Muzyka rosyjskiego duetu Iamthemorning, który tworzą wokalistka Marjana Semkina oraz pianista Gleb Kolyadin, zawitała w Małym Leksykonie przy okazji premiery drugiej pełnowymiarowej płyty, zatytułowanej „Belighted”. Przed kilkoma dniami, po niespełna półtora roku, na rynku pojawiła się następna studyjna propozycja formacji - „Lighthouse”.

Próba wejścia klasycznie wykształconych muzyków, obdarzonych skłonnością do czerpania tak z muzyki poważnej, jak i folku, w świat współczesnego prog-rocka, na „Belighted” przyniosła interesujący efekt i wzbudziła nadzieje na ciekawy rozwój dalszej kariery duetu. Właśnie wydana płyta owych nadziei nie tylko nie zawodzi, ale i spełnia je z nawiązką. W nowym, bogatszym o „Lighthouse” kontekście można by stwierdzić, że świat muzycznej wyobraźni Iamthemorning, w ciekawy sposób łączący tradycję ze współczesnością, do tej pory obserwować można było jedynie przez uchylone drzwi. Wraz z trzecim albumem Semkina i Kolyadin zdają się te drzwi otwierać na oścież, udowadniając, że ich kreatywność ma o wiele szersze granice, aniżeli można by przypuszczać.

Muzyczna tożsamość duetu, tkwiąca w muzyce klasycznej i folku, penetrację prog-rockowych terytoriów na poprzedniej płycie podjęła w oparciu o łatwo dostrzegalne inspiracje muzyką Porcupine Tree. Tym razem, jakby na przekór temu, że do gościnnie wspomagającego już wcześniej Rosjan perkusisty Gavina Harrisona dołączył „jeżozwierzowy” basista Colin Edwin, skojarzenia nie mogą być już tak oczywiste. Duetu pomysł na muzykę teraz począł już wykraczać poza jednoznaczne wytyczne; „pierwotne” wpływy muzyki klasycznej oraz folkowe inklinacje eksponowane tu i ówdzie w liniach melodycznych wokalistki, nie boją się nie tylko konfrontacji z tradycyjnymi art-rockowymi zamysłami, ale nawet i jazzem. To otwarcie i swoboda w korzystaniu z różnych wpływów (bo trzeba przyznać, że wszystko wypada bardzo spójnie i rzetelnie), jak również i godna podziwu wrażliwość aranżacyjna sprawiają, że album, jako jednorodna muzyczna opowieść brzmi konsekwentnie i wciągająco od pierwszej do ostatniej nuty.

Nie tylko jednak jako taka właśnie „muzyczna opowieść” „Lighthouse” sprawdza się znakomicie - płyta brzmi rewelacyjnie grana od początku do końca, ale i każda kompozycja wyselekcjonowana z kontekstu albumu jako całości ma równe szanse, by mocno zapaść w pamięć - czego do tej pory nie można było z pełnym przekonaniem powiedzieć o poszczególnych utworach duetu. Nowe dzieło Iamthemorning nie tylko pieczętuje dobre wrażenie, jakie pozostało po poprzednim studyjnym albumie, ale i stanowi efektowne świadectwo, że muzyka formacji z płyty na płytę szlachetnieje i porywa coraz bardziej. A jeśliby dodać, że w kulminacyjnym, przepięknie nostalgicznym momencie albumu pojawia się głos Mariusza Dudy, to więcej rekomendacji już chyba nie będzie trzeba szukać.

Przemysław Stochmal

Czy słyszeliście o istnieniu rosyjskiego duetu iamthemorning? Ja nie, ale okazuje się, że był to błąd.

Łatwo o wrażenie, że o iamthemorning zrobiło się w Polsce głośno za sprawą Mariusza Dudy. Wszak ceniony polski muzyk, znany z Lunatic Soul i Riverside, wystąpił w kompozycji tytułowej na trzeciej płycie Marjany Semkiny i Gleba Kolyadina. Album zatytułowany "Lighthouse" ma więc szanse rozsławić duet z Petersburga w granicach naszego kraju, choć nie tylko, ponieważ kariera iamthemorning zdaje się nabierać rozpędu w różnych szerokościach świata. Świadczy o tym choćby fakt, że na płycie wystąpili również cenieni w środowisku rocka progresywnego Gavin Harrison i Colin Edwin. Zresztą perkusista i kompozytor z londyńskiego Harrow uczestniczył też w nagraniu poprzedniego albumu iamthemorning, niedługo po tym, gdy Rosjanom zaufała wytwórnia Kscope. Co więc można dziś powiedzieć o twórczości duetu zawartej na "Lighthouse"?

Album brzmi magnetycznie. Wysublimowane, delikatne i nadzwyczajnie wrażliwe wokale Semkiny są w stanie zmiękczyć nawet najtwardsze serca. To w zestawieniu z olśniewającymi partiami instrumentów klawiszowych Kolyadina tylko ów efekt potęguje. Tu jednak nie tylko o subtelność chodzi. Zespół w ramach dwunastu utworów tworzących "Lighthouse" oferuje szeroką paletę wokali i zagrywek, często improwizując w rytm klawiszy albo oddając się wokalnym podróżom. Nie jest to z pewnością ten rodzaj szlachetności muzycznego duetu owianego tajemnicą, dostojnością i oniryzmem, jak Dead Can Dance, ale na pewno słyszalny sygnał o niebanalnych możliwościach kompozycyjnych. Muzyka iamthemorning charakteryzuje się dużą wyrazistością, pewnego rodzaju naturalną aurą brzmienia i czarodziejskim, czasem niemalże baśniowym podejściem do utworów. Myślę, że dwójce Rosjan niewiele już brakuje, aby w masowej świadomości utrwalić swoją własną, rozpoznawalną markę. Ich twórczość zawieszona gdzieś pomiędzy rockiem progresywnym, muzyką kameralną, przyzwoitym popem a folkiem jest jeszcze w fazie poszukiwań, ale już im naprawdę blisko do odnalezienia swojego własnego muzycznego Graala. Świadczy o tym "Lighthouse".

Oprócz wspomnianych gości, na krążku wystąpiła też liczna grupa muzyków, włączając w to chór dyrygowany przez Larisę Yarutskayą, szeroką sekcję smyczkową oraz instrumentalistów jazzowych i rockowych. Pomimo kolorytu zaproszonych gości, album cee się spójnym klimatem i logiczną konstrukcją. Nie brakuje tu kompozycji minimalistycznych, ledwie akcentujących umiejętności twórców, jak dwie części "I Came Before the Water", albo utworów o minimalistycznej aurze, nieregularnych, owianych niesymetrycznymi zagrywkami i dychotomiczną strukturą, o czym świadczy wcześniej wspomniana kompozycja tytułowa. Na płycie pojawiły się również utwory sprawiające wrażenie improwizowanych, ujmujące świetnymi zagrywkami klawiszowymi, temperamentnym wokalem i około-jazzowymi solówkami ("Too Many Years", "Libretto Horror", "Harmony", "Matches", "Chalk And Coal"). Nie brakuje tu również opartych o klawiszowo-wokalną subtelność twórców... piosenek, które mogłyby z Marjany i Gleba uczynić artystów z chęcią słuchanych znaczniej szerzej, niż w środowisku fanów rocka progresywnego ("Clear Clearer"). Lekkość duetu jest ujmująca, choć zarówno w głosie Semkiny, jak i w klawiszach Kolyadina czają się różne demony. Może jeszcze nienazwane, może nie posiadające ostatecznego kształtu, ale bez wątpienia świadczące o olbrzymich możliwościach iamthemorning. Tajemnicza kołysanka "Belighted" dobrze te możliwości odzwierciedla.

Łatwo również o wrażenie, że duet z Petersburga nie stroni od rozmaitych inspiracji, choć ich poszukiwania wiodą nawet do symfonicznej i rockowej Finlandii, jak w chórze do utworu "Sleeping Pills", który mógłby być ozdobą ostatnich nagrań Nightwish, ewentualnie solowych materiałów Tuomasa Holopainena. Zestawienie Nightwish z muzyką iamthemorning wydaje się absurdalne, ale wszelkiego rodzaju podniosłe chóry na krążku temu skojarzeniu dodają prawdy, co może świadczyć albo o szerokich horyzontach duetu, albo o jeszcze nie w pełni ukształtowanym stylu. Można bowiem nieco pomarudzić, że czasem chciałoby się więcej od iamthemorning. Niektóre pomysły sprawiają bowiem wrażenie niedokończonych, jak choćby "urwane" finały utworów "Too Many Years" i tytułowego "Lighthouse". Tak oto zadziwiająco w zestawieniu z oszczędną formą dzieła prezentuje się liczna grupa jego twórców. Trudno stwierdzić, że ich potencjał nie został wykorzystany, ponieważ można sądzić, że koncepcja krążka zakładała nagranie albumu żywego, osadzonego głównie w wokalach i klawiszach, ale niepozbawionego minimalistycznych zanurzeń. W każdym razie niektórzy z zaproszonych gości mogliby śmiało rozwinąć wybrane utwory, choćby te sprawiające wrażenie niedokończonych.

Jednak bez wątpienia iamthemorning to muzyka, przy której warto się zatrzymać. Rosyjski duet dysponuje wielkimi możliwościami do tworzenia wspaniałych nagrań. Może ich trzeci album do owej, trudnej do zdefiniowania majestatycznej wielkości jeszcze nie aspiruje, ale stanowi najlepszą z możliwych okazję do zapoznania się z bardzo emocjonalnym podejściem do muzyki. To magnetyczny, refleksyjny i czarujący materiał. Latarnia dla wszystkich muzycznych żeglarzy strudzonych wyniosłymi formami, dużą ilością instrumentów i dopracowanymi w każdym detalu produkcjami. "Lighthouse" to przede wszystkim naturalność brzmienia, ekspozycja talentów pasującego do siebie duetu, a także zestaw czarujących dźwięków i pięknych akcentów. Nie mam zarazem wątpliwości, że czas iamthemorning dopiero nadchodzi.

Konrad Sebastian Morawski

Nie ulega wątpliwości, że rosyjski duet Iamthemorning to zjawisko wyjątkowe w muzyce progresywnej i oryginalne w wystarczającym stopniu, by móc nazwać je po prostu diamentem. Podobnego powiewu świeżości naprawdę dawno nie słyszałem. Ala tak przynajmniej było dotychczas – na albumach „~” oraz „Belighted” zespół definiował dopiero swój własny, niepowtarzalny styl. W przypadku najnowszego albumu „Lighthouse” grupa już niczego nie definiuje, teraz mamy do czynienia wyłącznie z poprawianiem tego, co jeszcze było niedoskonałe. I o dziwo – do doskonałości w tym wypadku już naprawdę niedaleko!

Tym co mnie wyjątkowo urzekło w muzyce Marjany i Gleba to pewnego rodzaju minimalizm, który okazał się być wciąż jeszcze niezgłębionym. Zdawałoby się, że z fortepianu i wokalu niewiele można ukręcić… ale okazało się, że nie ma w tym ani źdźbła prawdy! Co więcej do tego wystarczy dorzucić nieco perkusji czy smyczków, wszystko dobrze zaaranżować i mamy doskonałe prog rockowe kompozycje. W przypadku „Lighthouse” zespół postanowił zdecydowanie poszerzyć swoje instrumentarium. Poza głównymi aktorami mamy więc i perkusję (ponownie Gavin Harrison), gitarę basową (Colin Edwin), gitary (Vlad Avy), różnego rodzaju przeszkadzajki czy nawet harfę. Znalazło się i miejsce dla fletów czy instrumentów dętych – ot cała orkiestra nam się tutaj zebrała. Chór też się pojawia!

Mimo tego dość śmiałego nagromadzenia sporego instrumentarium, muzyka Iamthemorning wciąż pozostaje dość skromna. Bogactwo mamy tutaj w różnorodności, która nijak nie wypacza spójności albumu. „Latarnia” rozpoczyna się przyjemną i kojącą miniaturką, w której Marjana Semkina przy skromnym akompaniamencie wyśpiewuje kilka wersów. Melodia ta działa raczej kojąco, jednak koniec utworu wprowadza w słuchaczu pewien niepokój. Klimatycznie zaczyna się robić już w „Too many years”, w którym zespół już częściowo wykłada karty na stół. Rytmiczne melodie na klawiszach stanowią akompaniament dla wokalu, a wybrzmiewające w oddali smyczki dodają całości przestrzeni. Do całości dołącza arytmiczna, bardzo „porkowa” perkusja Harrisona.

W dalszej części albumu natrafimy na niejeden bardzo udany utwór, choćby zaśpiewany w duecie z Mariuszem Dudą (Riverside, Lunatic Soul) tytułowy „Lighthouse”. Końcówka tej kompozycji do złudzenia przypomina niektóre numery Lunatic Soul i to nie tylko wokalem Dudy, ale także brzmieniem. „Harmony” zdaje się być z kolei ukłonem w kierunku niektórych solowych dokonań Stevena Wilsona, choć tutaj podobieństwa zakamuflowane zostały charakterystyczną dla Iamthemorning orkiestralną aranżacją. Najbliższy pierwszym dwóm płytom zespołu jest natomiast utwór „Matches”, który z powodzeniem mógłby znaleźć się także na „~” lub „Belighted”.

Na mnie największe wrażenie zdecydowanie robi singlowy „Chalk & Coal”. Psychodeliczny klimat tego utworu przywołuje w tyle głowy najlepsze dokonania Porcupine Tree, a świetny ambientowy nastrój tylko dodaje całości charakteru. No i te szepty w oddali, cudo! Pod koniec albumu mamy jeszcze drugą część „I Came Before The Water Pt II” (możecie mnie wyśmiać, ale to momentami brzmi jak… Within Temptation, bez złośliwości oczywiście!) oraz instrumentalnie-wokalne, choć bez słów, podsumowanie całości w „Post Scriptum”.

Starałem się napisać tę recenzję tak, by nie zdradzić za dużo, a jednocześnie dostatecznie zachęcić do spróbowania przygody jaką gwarantuje ten album. Baśniowy i niepowtarzalny klimat Iamthemorning osiągnął apogeum i dla mnie jest to po prostu najlepsze dzieło zespołu od początków jego istnienia. Czy uda im się nagrać coś lepszego? Czas pokaże, ale dobrym omenem niech będzie choćby fakt, że na „Lighthouse” duet udowodnił brak strachu przed eksperymentowaniem i pokazał również, że doskonale mu takie eksperymenty wychodzą. Oby tak dalej, trzymam kciuki za Marjanę i Gleba, a dla ich najnowszego dzieła szykuję już jakieś wysokie miejsce w rankingu najlepszych tegorocznych albumów.

pandino


1. I Came Before the Water (Pt.I) (1:41)
2. Too Many Years (5:09)
3. Clear Clearer (4:35)
4. Sleeping Pills (3:43)
5. Libretto Horror (2:13)
6. Lighthouse (6:13)
7. Harmony (5:18)
8. Matches (4:18)
9. Belighted (3:26)
10. Chalk And Coal (4:56)
11. I Came Before the Water (Pt.II) (2:56)
12. Post Scriptum (2:43)

Marjana Semkina - lead & backing vocals, composer & co-producer
Gleb Kolyadin - grand piano, keyboards, composer & co-producer

With:
Mariusz Duda - vocals
Vlad Avy - guitars
Evan Carson - bodhrán, percussion
Andres Izmailov - harp
Tatiana Rezetdinova - flute
Roman Erofeev - clarinet
Sergey Korolkov - trumpet
Oksana Stepanova - bombarde
Colin Edwin - bass
Gavin Harrison - drums
'Perezvony' Choir:
Stanislava Sorokina, Svetlana Utkina, Yury Volkov, Maria Cherepanova, Elizaveta Levina, Anastasia Andriyanenko, Daria Severinova, Alina Vahrina, Anastasia Kavalerova, Nikol Zgeib, Anna Sokolova, Anastasia Malova, Sofia Liberman, Margarita Raspopova, Martin Sadomirsky, Svetlana Philippova, Serafima Chervotkina - chorus vocals

Larisa Yarutskaya - choir conductor


https://www.youtube.com/watch?v=zDM489fbS6c
Strony: [1] 2 3 ... 10