Ostatnie wiadomości

Strony: [1] 2 3 ... 10
1
Zespoły / EAST OF EDEN - MERCATOR PROJECTED (1969/2008)
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Dzisiaj o 20:56:52 »
EAST OF EDEN - MERCATOR PROJECTED (1969/2008)

Rewelacja!
Jedna z najwcześniejszych i zarazem najlepszych progresywnych płyt, jakie kiedykolwiek powstały!
Oryginalna, urocza rockowa muzyka - trochę jak wczesny i bardziej rozmarzony Jethro Tull ze szczyptą King Crimson i Colosseum i z dodatkiem muzyki Wschodu. Nie można się oderwać!
Zremasterowana, brytyjska edycja m.in. z obłędną, 7-minutową przeróbką 'Eight Miles High' Byrdsów, a także trwające razem 18 minut dwa nagrania demo (doskonałej jakości)!

Dla mnie „Mercator Projected” to jedna z esencji piękna tzw. muzyki popularnej przełomu lat 60-tych i 70-tych; swoboda tworzenia, inspiracji, szukania środków wyrazu i poszukiwania własnego brzmienia. Według mnie to zdecydowanie najlepszy okres rozwoju muzyki rockowej. „Mercator Projected” jest tego jednym z wielu przykładów.

Prog rock, jazz rock, trochę psychodelii, mocny shot (to barmańskie określenie; takie zboczenie zawodowe) orientu. Generalnie trudno określić jednoznacznie styl, który EOE prezentują na swojej debiutanckiej płycie.

„Northern Hemispehere” – stonowana psychodelia.

„Isadora” – turecki rytm, świetne partie saksofonu i fletu w połączeniu z pulsującą linią melodyczną Geoffa Nicholsona przenoszą nas w sam środek „Baśni 1000 i jednej nocy”.

„Waterways” – delikatne skrzypce Arbusa, stonowany rytm, odrobina „karmazynowych” klimatów. To dopiero początek; chwilę potem czeka nas psychodeliczny odjazd rodem z debiutanckiej płyty Pink Floyd z dodatkiem orientalnych dźwięków.

„Centauri Woman” – zdecydowanie żart muzyczny rozpoczynający się od.. odgłosów spuszczanej wody w sedesie. Całość utworu utrzymana jest z bluesowej tonacji, z odrobiną „istofideno-owego” psychodelicznego stylu. No i do tego dochodzi prześmieszny tekst o „kobiecie o świetnym ciele, ale końskiej twarzy”...

„Bathers” – dużo melotronou, baśniowy klimat..., niemal rodem z klasycznych płyt The Moody Blues.

„Communion” – utrzymany w klimacie poprzednich utworów, czyli takie pomieszanie wszystkiego. Rozpoczyna ją swojska, zdawać by się mogło, partia fletu przerodzona w złowrogą partię skrzypiec i niespokojną linię melodyczną. Znów pojawia się bliskowschodni klimat utworu... i rosyjski żart na koniec utworu.

„Moths” – znów „pachnie” orientem dzięki partii perkusji i saksofonu z domieszką floydowej psychodelii.

„In The Stable of the Sphinx” – takie podsumowanie całej płyty, w ośmiu i pół minutach muzycy East Of Eden zdają się zawrzeć całą esencję “Mercator Projected” plus fajna, nieco „doors’owa” gitarowa solówka.

Po pierwszym przesłuchaniu wydawać by się mogło, że „Mercator Projected” to przysłowiowe ‘mydło i powidło’ ale w całym tym galimatiasie nietrudno odnaleźć ład i spójność, które nieczęsto charakteryzują debiutanckie wydawnictwa. W poczynaniach EOE wyczuwa się konsekwencje i świadomość własnego - obranego z pełną świadomością - stylu.

Właśnie dzięki temu, iż EOE jest zespołem niemal zapomnianym, odkrycie ich debiutanckiej płyty przez kogoś, komu wydaje się,  że w tzw. rocku progresywnym usłyszał już wszystko, może okazać się bardzo miłym zaskoczeniem i impulsem do dalszych poszukiwań takich, zakopanych gdzieś głęboko w zakurzonych antykwariatach, perełek.

Paweł Horyszny

Druga połowa lat 60. była niezwykle ciekawym okresem w muzyce rockowej. Pojawiło się wielu ambitnych twórców, których eksperymenty znacznie poszerzały ramy gatunku, tworząc nowe style. Nie wszyscy z nich zdobyli jednak należne uznanie. Do takich niedocenionych, dziś już zapomnianych wykonawców zaliczyć można brytyjską grupę East of Eden. Stało się tak pomimo obiecującego początku kariery (bardzo udane albumy "Mercator Projected" i "Snafu"), oraz zdobycia pewnej rozpoznawalności (dzięki przebojowemu singlowi "Jig-A-Jig", ale też za sprawą gościnnego występu lidera Dave'a Arbusa w utworze "Baba O' Riley" The Who).

Zawiniło wiele rzeczy. Na pewno zbyt liczna konkurencja i słaba promocja wytwórni (zespół zakontraktowany był w Deram Records - oddziale Decca Records, który słynął z małych nakładów albumów nowych wykonawców). Ale też sam zespół, który nie mógł utrzymać stałego składu, a wraz z kolejnymi zmianami, malała jakość jego muzyki. Problemem był też pewnie sam styl grupy, trudny do sklasyfikowania, co musiało rozzłościć krytyków.

Na debiutanckim albumie "Mercator Projected" zwraca uwagę bardzo bogate brzmienie, które oprócz podstawowego w rocku instrumentarium - gitara, bas i bębny - obejmuje także skrzypce, saksofon, flet, dudy, kalimbę, harmonijkę i klawisze, w tym syntezator (słyszalny przede wszystkim na początku "Communion"). Równie bogate są inspiracje zespołu - od rocka psychodelicznego, przez blues, folk i jazz, po muzykę arabską i klasyczną, a gdzieniegdzie pojawiają się też cięższe, hardrockowe riffy. W praktycznie każdym utworze muzycy mieszają przynajmniej kilka tych elementów, dzięki czemu całość brzmi bardzo oryginalnie i spójnie.

Zespół wypracował własny styl, dzięki czemu można znaleźć wspólny mianownik zarówno w tych bardziej energetycznych i przebojowych momentach albumu ("Northern Hemisphere", "Isadora"), tych bardziej stonowanych, z psychodelicznym klimatem (mocno orientalizujący "Waterways", oniryczny "Bathers"), jak i zakręconym instrumentalnym jamie "In the Stable of the Sphinx", który doskonale wieńczy i podsumowuje ten album. Nieco od całości odstaje tylko bardziej surowy brzmieniowo "Centaur Woman", o ewidentnie żartobliwym charakterze (za sprawą tekstu i odgłosu... spuszczanej wody w sedesie), ale też z fajnymi partiami bluesowej harmonijki i niezłą improwizacją z przesterowanym basem. Na brak różnorodności na pewno nie można narzekać.

"Mercator Projected" nie jest może wielkim dziełem, bo brakuje na nim czegoś naprawdę wybitnego. Ale z drugiej strony - to naprawdę dobrze skomponowany, świetnie zagrany i porządnie brzmiący, a przy tym całkiem oryginalny album. Dla miłośników muzyki z tamtych lat, którzy poznali już dobrze wszystkich znanych wykonawców - pozycja obowiązkowa.

Paweł Pałasz

A spellbinding work from the dawn of the progressive era, Mercator Projected is no fully-formed symphonic prog masterpiece. But as a harbinger of the future (this album emerged in 1969) that is also challenging and enjoyable in its own right, there are few albums to match the status of this one. East Of Eden's true star is Dave Arbus who plays violin, flute, recorder and sax (although Ron Caines also joins in on sax) and it is a shame that the group's success with the novelty hit single Jig-A-Jig (#7 in April 1971) eventually stranded them in no-man's land. However this awesomely inventive debut should not be allowed to be forgotten.
What stays with me most is the glorious hook of Isadora ... "Isadora dance, we are entranced" probably works best if you're down with the hippie vibe, for dancing flutes and Eastern themes are draped around lyrics that are simultaneously corny and deep. Mercator Projector is also defined by the psychedelic rambles of Waterways, and perhaps more than anything else the proto-prog blues of Northern Hemisphere and the hilarious harmonica-driven Centaur Woman (replete with an impressive fuzz-bass solo courtesy of Steve York).

The softer side of the band is featured in the melancholic Bathers, in which violin, organ (from Caines) and recorder are blended to astounding effect. With the subtle drumming of Dave Dufont giving the song added character, this song might well appeal to those who enjoy King Crimson's early ballads. The propulsive Communion also features flute prominently, as well as some cute sound effects and even a joke told in another language (they translate everything except the punchline!). Moth is another piece that incorporates Eastern style exploration, although it is occasionally interspersed with a glorious Beatlesque melody. It all concludes with the high-octane jazzy jam In The Stable Of The Sphinx, which is carried by the saxes, but features spectacular turns on violin and guitar from Arbus and Geoff Nicholson respectively.

There are shades of Jethro Tull & Gravy Train here, but these guys are generally jazzier, almost straying into Soft Machine territory. There are times when they sound like King Crimson or The Moody Blues, although it's interesting that they don't use the mellotron at all. When you factor in that they were doing this stuff at the same time that most of these bands got their start, it becomes apparent that East Of Eden is an essential stop for those looking to investigate the roots of progressive rock. I consider Mercator Projected to be among the best proto-prog albums ever.

Trotsky

1. Northern Hemisphere   5:03
2. Isadora   4:19
3. Waterways   7:00
4. Centaur Woman   7:09
5. Bathers   4:57
6. Communion   4:02
7. Moth   4:03
8. In the Stable of the Sphinx   8:20

Bonus tracks:
9. Waterways (demo July 1968)   6:40
10. In the Stable of the Sphinx (demo July 1968)   11:10
11. Eight Miles High   6:51

Geoff Nicholson - guitar, vocals
Dave Arbus - electric violin, flute, bagpipes, recorder, saxophones (2 at once)
Ron Caines - soprano & alto saxophones (acoustic & amplified), organ, vocals (4)
Steve York - bass, harmonica, kalimba
Dave Dufont - percussion

https://www.youtube.com/watch?v=hM4Bt-BCFEc
2
Zespoły / EAST OF EDEN - SNAFU (1970/2008)
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Dzisiaj o 17:32:45 »
EAST OF EDEN - SNAFU (1970/2008)

Zremasterowana, brytyjska edycja z mnóstwem (33 minuty) niepublikowanego materiału!
Kolejna rewelacyjna pozycja z katalogu East Of Eden. Na drugim albumie (po genialnym LP 'Mercator Projected' z 1969) zespół wciąż drążył wschodnie rejony, dodając przy okazji nieco więcej pierwiastków jazzowych, a także psychodelicznie kombinując z przesuwem taśm... Fascynująca i oczywiście zdecydowanie progresywna płyta!

Debiutancki album East of Eden - zrecenzowany przeze mnie lata temu "Mercator Projected" - to jeden z najbardziej kultowych NKR-ów. Choć zaliczanie akurat tej grupy do tzw. nieznanego kanonu rocka, jest dość kontrowersyjne. Nie był to bowiem zupełnie nieznany zespół - na początku kariery odnosił dość znaczące sukcesy komercyjne w ojczystej Wielkiej Brytanii. Pod względem popularności, ale też liczby wydanych albumów, bliżej mu raczej do Atomic Rooster czy Budgie (pomijam tu wielbienie tego drugiego przez Polaków), niż T2 lub Night Sun. Inna sprawa, że z biegiem lat zespół faktycznie stał się nieco zapomniany. Szkoda, bo jego twórczość jest naprawdę interesująca. Nie tylko na wspomnianym "Mercator Projected" - kolejne dwa albumy również trzymają wysoki poziom. Pora przyjrzeć się bliżej pierwszemu z nich.

"Snafu" został wydany równo rok po debiucie, w lutym 1970 roku. W międzyczasie zdążyła zmienić się sekcja rytmiczna - basistę Steve'a Yorka (który odszedł do Manfred Mann Chapter Three) i perkusistę Dave Dufont zastąpili Andy Sneddon i Geoff Britton. To nie jedyna zmiana, gdyż rolę głównego wokalisty, oryginalnie pełnioną przez gitarzystę Geoffa Nicholsona, przejął saksofonista Ron Caines (który na debiucie śpiewał tylko w jednym kawałku).

Sama muzyka również przeszła znaczącą metamorfozę. O ile na debiucie dominuje psychodeliczno-orientalne granie, z domieszką folku, hard rocka, bluesa i jazzu, tak tutaj zdecydowanie wzrosło znaczenie elementów jazzowych. "Leaping Beauties for Rudy / Marcus Junior" składa się z freejazzowej introdukcji i jazzrockowego rozwinięcia, a w "In the Snow for a Blow" umieszczono cytat z "Better Git It in Your Soul" Charlesa Mingusa. Nawet w pozornie folkowym "Confucius" pojawiają się zdecydowanie jazzowe solówki saksofonu. Znajdziemy tu jednak także utwory bliższe poprzedniego longplaya, jak dynamiczny "Have to Whack It Up", z ostrą, wręcz hardrockową gitarą, czy rewelacyjny "Nymphenburger", łączący rockowy czad z tworzącą niesamowity klimat partią skrzypiec. Nie brakuje tu psychodelicznych zabaw z odwracaniem taśm ("Xhorkom", "Uno Transito Clapori", "Habibi Baby"), pojawiają się też wpływy muzyki arabskiej ("Ramadhan", "Gum Arabic"). Reedycje albumu zawierają ponadto fantastyczny, celtycko-folkrockowy kawałek "Jig-a-Jig" (spory przebój singlowy). A wszystko to składa się na zaskakująco spójną całość.

"Snafu" jest z pewnością albumem bardziej eksperymentalnym i bardziej dojrzałym od "Mercator Projected", choć chyba nie tak dobrym pod względem kompozytorskim. Nie da się też ukryć, że muzycy East of Eden, choć utalentowani, nie byli na tyle sprawnymi instrumentalistami, by grać jazz rocka na poziomie chociażby Soft Machine. Mimo wszystko, świetny to album.

Paweł Pałasz

Gone is French Canadian Dave Dufont from the drum kit and Steve York on bass and in comes Geoff Brittan and Andy Sneddon respectively. This second album is a much proggier statement than Mercator Projected, but it is still plagued with imperfections but none are glaring. The sound is rather different but is also tighter (different rhythm section) , but the three frontmen Arbus , Caines and Nicholson are still there.
The intro of the album does bring you back to their debut with its hard blues- derived prog, but soon forgotten by a two-part track starting with an almost free jazz intro but second part Marcus Junior instils an eastern European feel to the much improvised but structured finale. The six-part 8min long third track (a bit like some Caravan tracks the parts have names but the collective track has no clear name) is clearly the centre of the album, but again it is relatively slow to start and only in the Ramadhan, does it raise your eyebrow with interest and the slight Arabic feel is confirmed throughout the track even if they evoke a Mingus theme and a short drum solo.

The Italian named opener (2nd side) is full of weird but basic tape effect that unfortunately last too long and irritates with repeated listenings. The 8min+ Confucius is again slow to develop but here the great Arabic Gum intro with fitting ambiances are delightful, with the flute evoking a bit Focus's Anonymous theme. Clearly another highlight of this album as the track develops in an insane and chaotic quagmire. Nymphenberger is one of those tracks that most of the older progheads have heard without ever knowing it was East Of Eden, but it was a minor hit and justifiably so, even if it pales in comparison with their next hit Jig-A-Jig. Next up is another multi (three in this case) part track that veers between mid- Eastern ambiances and almost free jazz before easing into an awesome improv where the violins are left right and centre until the Nymphenberger is briefly reprised before reverting to the previous madness. The Outro is a slow track oscillating with almost declamative vocals and piano-electronic doodlings - sounds a bit like 70's beat poet happening.

Clearly the better of East Of Eden albums, this is also the last album where the three kingpins were together as the mega hit (and completely atypical of their style) will change many things, the next album boasting a completely different line- up save Dave Arbus.

Nie ma już Francuza, Kanadyjczyka Dave’a Dufonta na perkusji i Steve’a Yorka na basie, a dołączyli odpowiednio Geoff Brittan i Andy Sneddon. Ten drugi album jest znacznie bardziej postępowy niż Mercator Projected, ale wciąż jest nękany niedoskonałościami, ale żadna nie jest rażąca. Brzmienie jest raczej inne, ale także mocniejsze (inna sekcja rytmiczna), ale trzej frontmani Arbus, Caines i Nicholson wciąż tam są.
Intro albumu rzeczywiście przywraca cię do debiutu z hard bluesowym progiem, ale szybko zostaje zapomniane przez dwuczęściowy utwór zaczynający się od niemal free jazzowego intro, ale w drugiej części Marcus Junior nadaje wschodnioeuropejski klimat dużo improwizowanym ale uporządkowany finał. Sześcioczęściowy, 8-minutowy trzeci utwór (trochę jak niektóre utwory Caravan, części mają nazwy, ale utwór zbiorowy nie ma jasnej nazwy) wyraźnie znajduje się w centrum albumu, ale znowu zaczyna się stosunkowo wolno i tylko w Ramadhan, Czy podnosi to brwi z zainteresowaniem i lekka arabska atmosfera jest potwierdzona w całym utworze, nawet jeśli przywołuje motyw Mingus i krótką solówkę na perkusji.

Otwieracz nazwany po włosku (druga strona) jest pełen dziwnego, ale podstawowego efektu taśmy, który niestety trwa zbyt długo i irytuje przy wielokrotnym słuchaniu. 8min+ Confucius znów rozwija się powoli, ale tutaj świetne intro Arabic Gum z pasującą atmosferą jest zachwycające, a flet przywołuje nieco motyw Anonymous Focusa. Bez wątpienia kolejna atrakcja tego albumu, gdyż utwór rozwija się w szalonym i chaotycznym bagnie. Nymphenberger to jeden z tych utworów, który większość starszych progheadów słyszała, nawet nie wiedząc, że to East Of Eden, ale był to niewielki hit i słusznie, nawet jeśli blednie w porównaniu z ich kolejnym hitem Jig-A-Jig. Następny w kolejce jest kolejny wieloczęściowy (w tym przypadku trzyczęściowy) utwór, który oscyluje pomiędzy klimatami bliskowschodnimi i niemal free jazzem, po czym przechodzi w niesamowitą improwizację, w której skrzypce są pozostawione po prawej stronie i na środku, aż do krótkiego powtórzenia Nymphenbergera przed powrotem do poprzedniego szaleństwa . The Outro to powolny utwór oscylujący z niemal deklamacyjnym wokalem i elektronicznymi bazgrołami na pianinie - brzmi trochę jak Happening z poety beatowego z lat 70-tych.

Zdecydowanie lepszy z albumów East Of Eden, to także ostatni album, na którym trójka królów była razem, bo mega hit (i zupełnie nietypowy w ich stylu) wiele zmieni, kolejny album może pochwalić się zupełnie innym składem, z wyjątkiem Dave'a Arbus.

Sean Trane

1. Have to Whack It Up    2:20
2. Leaping Beauties for Rudy / Marcus Junior    7:02
3. Xhorkham / Ramadhan / In the Snow for a Blow (incl. Better Git It in Your Soul)    8:07
4. Uno Transito Clapori    2:28
5. Gum Arabic / Confucius    8:18
6. Nymphenburger    6:15
7. Habibi Baby / Boehm Constrictor / Beast of Sweden    6:22
8. traditional - arranged by East Of Eden    1:36

Bonus tracks:
9. Jig-a-Jig (A-side 1970 single)    3:43
10. Petite Fille   3:55 *
11. Biffin Bridge   5:52 *
12. Blue Boar Blues   7:14 *
13. Nymphenburger (1st take)   5:16
14. Marcus Junior (edit for 1970 single)   5:12
15. Jig-a-Jig (take 9)   4:17

* Previously unreleased

Geoff Nicholson - guitars, vocals, harmonica, piano, strings
Ron Caines - piano, saxophones (tenor, soprano and alto electric & acoustic), vocals, stylophone
Dave Arbus - electric violin, tenor saxophone, flute, trumpet, bagpipes, Indian bells
Andy Sneddon - bass, strings
Geoff Britton - drums, percussion (claves, African hand drum)

With:
Peter Ryston - tape (4)
Robin Sylvester - tape (4), engineer

https://www.youtube.com/watch?v=ZbrIu26EDqU
3
Zespoły / THE BEATLES - LET IT BE (1970/2021) cz.1
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Dzisiaj o 14:52:52 »
THE BEATLES - LET IT BE (1970/2021) cz.1

Materiał z albumu 'Let it Be' został na nowo zmiksowany przez producenta Gilesa Martina oraz inżyniera dźwięku Sama Okella. Wszystkie reedycje zawierają ten sam miks stereo zgodny z oryginalnymi wskazówkami Phila Spectora. Na potrzeby wznowienia wykorzystano oryginalne ośmiościeżkowe taśmy, na których zarejestrowano oryginalne sesje oraz występ na dachu.

Wyjątkowo smutna rocznica przypada dzisiaj. Wszak 10 kwietnia 1970 Paul McCartney ogłosił, że The Beatles przeszli do historii. To znaczy, ogłosił swoje odejście z zespołu – ale biorąc pod uwagę, że był w tym momencie jego główną siłą napędową, na jedno wychodziło.

Zaczęło się parę lat wcześniej. Beatlemania była w perłnym rozkwicie, koncerty wyprzedane do ostatniego miejsca, płyty i filmy bijące kasowe rekordy… I coraz większe zmęczenie, zniechęcenie, bo powstająca muzyka robiła się coraz bogatsza i bardziej złożona brzmieniowo, a na estradzie nie dało się odtworzyć studyjnych sztuczek; a nawet gdyby się dało, to histeryczny wrzask fanek i tak zagłuszał wszystko. Jako pierwszy miał dość George. Chciał nawet odejść z zespołu – także dlatego, że komponował coraz więcej, a od kolegów dostawał miejsce na dwie kompozycje na płytę, niezależnie od jakości tego co przynosił… Rezygnacja z koncertowania nieco go ułagodziła i uspokoiła napięcie w zespole. Na pewien czas. Bo tak naprawdę konflikt na linii Macca-George miał rozsadzić zespół w porównywalnym stopniu co zatargi między Paulem a Johnem.

Na pewien czas wszystko się uspokoiło, nagrany pod przewodnictwem McCartneya „Sierżant Pieprz” powstawał we względnie stabilnej atmosferze mimo tego, że ktoś w zespole okazywał się coraz bardziej równiejszy od pozostałych. I wtedy menedżer Brian Epstein przedawkował narkotyki. Póki był Brian, jakoś wszystko się kręciło, gdy jego zabrakło… sesja nagraniowa „Białego Albumu” niemal zniszczyła zespół, Paul nie znosił bezsensownych jego zdaniem eksperymentów w rodzaju „Revolution 9” Johna, ten odgryzał mu się, krytykując nagrywanie pioseneczek w rodzaju „Ob-La-Di Ob-La-Da” (jak mu się chciało – bo na ogół wolał przebywanie w objęciach Yoko, heroiny albo obu naraz), Harrison wściekał się, gdy kolejne kompozycje jego autorstwa odpadały w przedbiegach, a Starr nawet na pewien czas opuścił zespół. Do tego zaczęły się problemy z finansami, Apple Corps. było źle zarządzane, potrzebowało dobrego menedżera. Paul zaproponował zięcia Johna Eastmana, Lennonowie zaś – Allena Kleina i to jego kandydaturę poparła reszta zespołu…

W rok 1969 Beatlesi weszli jako cztery osobne indywidua, dość umownie nazywane zespołem, zmęczone sobą nawzajem i grupą w ogóle. Skoro praca ściśle studyjna prawie zniszczyła zespół, no to może jakiś efektowny koncert? Jak za dawnych czasów, wspólne, zespołowe granie w studio i potem na żywo. Gdzie? Pomysłów nie brakowało, statek wycieczkowy, środek pustyni, w Kairze u stóp piramid, Royal Albert Hall, Stonehenge… Do tego wytwórnia United Artists zaczęła się dopominać: Beatlesi mieli kontrakt na cztery filmy, brakowało jednego. Macca więc wymyślił: zbieramy się w studiach Twickenham, pod okiem kamer pracujemy nad piosenkami na koncert – to będzie pierwsza część filmu, drugą będzie sam występ. Koncepcja muzyczna była prosta – powrót do korzeni, bluesa, rocka, rock’n’rolla. Odkopano zresztą z archiwów „One After 909” – utwór Johna jeszcze z początków działalności zespołu, napisany gdy Lennon miał 17 lat, nagrany na jednej z wczesnych sesji zespołu i odłożony do archiwów. Był nawet tytuł – „Get Back”, od nowej kompozycji Paula, drwiącej z antyimigranckiej polityki brytyjskiego rządu, i ciekawy pomysł na okładkę – kopia zdjęcia z pierwszej płyty, zrobiona w tym samym miejscu, tyle że z Beatlesami AD 1969. Wszystko wydawało się być jasne i sensowne. I wtedy znów wybuchł konflikt między McCartneyem i Harrisonem – jednoznacznie przeciwnym idei koncertu, do tego po staremu wściekłym, że panowie traktują z góry jego nowe kompozycje. George nawet na pewien czas opuścił zespół; wrócił, gdy reszta zgodziła się przenieść do wygodniejszych i cieplejszych studiów Apple, a co do koncertu, panowie ostatecznie wystąpili popołudniem 30 stycznia na dachu budynku Apple, do tego zupełnie na partyzanta – żadnej zapowiedzi, po prostu wyszli i zagrali, aż policja nakazała im po trzech kwadransach ściszyć jazgot.

Na pewien czas cały projekt „Get Back” – filmu i płyty ze ścieżką dźwiękową – trafił do archiwów. Powstało niby parę wersji płyty, łączącej fragmenty koncertu ze studyjnymi, ale żadna nie zyskała aprobaty zespołu. Panowie przez lato 1969 pracowali nad kolejną płytą. Praca nad „Abbey Road” przebiegała znacznie bardziej harmonijnie – pewnie dlatego, że cała czwórka zdawała sobie sprawę, że to już koniec. Że dzień, kiedy powiedzą sobie dość, jest coraz bliższy. Albo inaczej – koniec zespołu się dokonał, trzeba tylko czegoś, co będzie kroplą przelewającą czarę.

Jesienią 1969 Beatlesi niby mówili o nowej płycie, bardziej demokratycznej (dwa kawałki Starra, po cztery pozostałej trójki), ale… jakoś nikt się nie kwapił do rozpoczęcia pracy. Harrison to produkował innych artystów, to pracował nad własnym dziełem, Macca też tworzył na swoje konto, Lennon miał Plastic Ono Band (no i Yoko), a Ringo zainteresował się występami przed kamerą. „Pomogła” United Artists – grożąc zespołowi pozwem, jeśli panowie nie dostarczą filmu i płyty ze ścieżką dźwiękową. I tak z nagrań studyjnych i fragmentów koncertu posklejano album, ukończono też film. 3 stycznia 1970 George, Ringo i Paul spotkali się w studio, kończąc nagrywanie „I Me Mine” – była to ostatnia sesja w historii The Beatles.

Z koncertu na dachu wybrano „One After 909”, „I’ve Got A Feeling” i „Dig A Pony”; na żywo w studio zarejestrowano „Two Of Us”, „Get Back”, „Dig It” i „Maggie May”. Resztę (wbrew wyjściowym założeniem o nagrywaniu całości na żywo) dość mocno posztukowano i poprawiono w studio i album był prawie gotowy. Prawie – bo panowie (przede wszystkim Lennon) wciąż uważali, że czegoś tam brakuje, że całość jest niedopieczona. I w marcu zaproszono amerykańskiego producenta Phila Spectora, który dokonał ostatnich szlifów – dograł potężne orkiestrowe tło do jednej z kompozycji Paula, inną podrasował w studiu. Co było dalej – tu zależy, kogo zapytamy. Jedni mówili, że cała czwórka włącznie z Paulem zgodziła się na ostateczny kształt albumu po poprawkach Spectora; Macca zaś twierdził, że od początku był przeciwny dogrywkom, przerabiających intymną, nastrojową balladę „The Long And Winding Road” na potężnie zorkiestrowane dzieło, z harfami i żeńskim chórkiem. Wysłał stanowczy telegram do Kleina, domagając się usunięcia Spectorowskich ingerencji. Gdy ten odmówił – 10 kwietnia 1970 Paul McCartney oficjalnie ogłosił swoje odejście z The Beatles, a kwestię „The Long…” wymienił jako jedno z sześciu powodów tegoż. Zespół de facto przestał istnieć. Cztery tygodnie później na rynek trafiła ostatnia płyta wydana przez Fab Four – „Let It Be”.

Spotkała się z surowym przyjęciem, po monumentalnej i monolitycznej „Abbey Road” okazała się dziełem niespójnym, pozszywanym z różnych elementów, dosztukowanym trochę na siłę. O ile na „Abbey Road” zupełnie różne elementy udało się poskładać w spójną całość – tu nawet nikt nie próbował, traktując całą płytę jako pańszczyznę do odrobienia. A z drugiej strony – patrząc przez pryzmat pojedynczych fragmentów, to nie brakuje tu rzeczy bardzo udanych.

Wpadek też nie brakło. „Dig It” – fragment monotonnego i nużącego studyjnego jamu – znalazł się na płycie celem chyba jedynie nabicia nieco czasu, podobnie jak żartobliwa przyśpiewka „Maggie May”. Co gorsza, obie kompozycje trafiły na płytę kosztem „Don’t Let Me Down”… Inne dyskusyjne decyzje też się trafiły – dziś można się zastanawiać, czemu na płytę trafił żartobliwy blues-rockowy „For You Blue” Harrisona – utwór niezły, ale błahy i bez większego znaczenia, a wszak wiemy, że w tym czasie George miał już skomponowaną sporą część materiału na doskonały „All Things Must Pass” i zaproponował pozostałej trójce choćby „Let It Down” czy utwór tytułowy… Niestety, Lennon i McCartney odrzucili je, a sprzeczka George’a z Johnem omal ponoć nie zakończyła się fizycznym starciem. No i te nieszczęsne chóry, harfa i smyki w „The Long And Winding Road” – dodające przesadnie melodramatyczny klimat do kompozycji samej w sobie wielkiego formatu.

Inne fragmenty płyty budzą już bardziej pozytywne uczucia. „Two Of Us” – na filmie „Let It Be” prezentowany w znacznie bardziej agresywnej, niemal hardrockowej wersji, tu przedstawiony w delikatniejszej, bardziej folkowej odsłonie, z uroczymi harmoniami wokalnymi. I moim zdaniem to był dobry wybór. Blues-rockowe, powolne „Dig A Pony”. „I Me Mine” – Harrisonowski żartobliwy walczyk, z tekstem jadowicie portretującym McCartneya. „I’ve Got A Feeling” – posklejane z dwóch osobnych fragmentów utworów, rockowej miniatury McCartneya na początek i Lennonowskiego, chwilami dość ryzykownego tekstowo jak na rok 1970 finału. „One After 909” – kiedyś nagrany w typowo rock’n’rollowej wersji przedstawionej potem na płycie „Anthology 1”, tu przedstawiony w bardziej rockowej, szybszej wersji. No i na koniec „Get Back”. Chciałem wszystkim podziękować w imieniu całej grupy i każdego z osobna i mam nadzieję, że przeszliśmy przesłuchanie – tak z publicznością żegnał się Lennon na koniec koncertu na dachu i tak też kończy się ta płyta.

No i na koniec trzy monumenty, podrasowane przez Spectora z mniej lub bardziej dyskusyjnym efektem. „Across The Universe”, medytacyjna kompozycja Lennona pierwotnie – w lekko przyspieszonej wersji z dodanymi efektami dźwiękowymi – wydana na płycie charytatywnej dla World Wildlife Fund, teraz w spowolnionej i zbliżonej do oryginału wersji wydana na płycie Beatlesów, delikatna, łagodnie zorkiestrowana. Wiedziona niezapomnianym fortepianowym motywem „Let It Be” – jedna z perełek McCartneya, również poprawiona orkiestracją (i z ostrzejszym gitarowym solo względem wersji singlowej). No i ta nieszczęsna „The Long And Winding Road”, gdzie orkiestracja po bliższym wsłuchaniu się zaczyna rzeczywiście kłuć w uszy. Szkoda, bo piosenka (czy może raczej pieśń) sama w sobie jest wyjątkowo piękna, choć smutna: epitafium dla zespołu, zaakceptowanie faktu, że teraz cała czwórka zaczyna iść swoimi drogami…

Czy krytycyzm wobec tej płyty był uzasadniony? W sporej mierze był, bo „Let It Be” to album mocno chaotyczny, nierówny, łączący momenty niezwykle udane i piękne z przeciętnymi. Do tego wydany w formie dość surowej, zdarzają się wokalne kiksy i wejście gitary o takt za wcześnie – a wszak w roku 1970 od takich firm jak Beatlesi świat oczekiwał dzieł wypolerowanych i wyszlifowanych co do sekundy, jak „Abbey Road” chociażby... Tym niemniej nie brakuje tu pojedynczych utworów robiących naprawdę duże wrażenie. I biorąc pod uwagę, w jakich okolicznościach i w jakich bólach rodził się ten projekt, lepiej chyba nie mógł on wyglądać. I najlepiej uznać, że rzeczywistym pożegnaniem The Beatles z publicznością jest ostatni nagrany przez nich album „Abbey Road”, a „Let It Be” to swoiste postscriptum do niego...

Piotr 'Strzyż' Strzyżowski
4
Zespoły / THE BEATLES - LET IT BE (1970/2021) cz.2
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Dzisiaj o 14:50:45 »
THE BEATLES - LET IT BE (1970/2021) cz.2

W powszechnej świadomości słuchaczy nagranie i wydanie znakomitego "Abbey Road" dobrze rokowało grupie na przyszłość - krążek nie tylko okazał się (tradycyjnym) triumfem komercyjnym, ale i było na nim wyraźnie słychać, że muzycy zażegnali wszelkie spory i znów czerpią przyjemność ze wzajemnego grania. Rzeczywistość okazała się zupełnie inna. Kiedy zakończono prace nad tym albumem, John poleciał do Toronto, gdzie 13 września 1969 roku zagrał na festiwalu z szybko zebranym zespołem Plastic Ono Band, w skład którego wchodzili Eric Clapton (gitara prowadząca), Klaus Voormann (gitara basowa) i Alan White (perkusja). Usatysfakcjonowany owocną współpracą z Plastic Ono Band, po powrocie do Londynu, 20 września, Lennon obwieścił Beatlesom, że odchodzi z kapeli. Reszta muzyków zdawała sobie sprawę, że bez niego nie mogą kontynuować kariery pod szyldem The Beatles.

Ówczesny menedżer Beatlesów, Allen Klein, namówił Johna, by nie rozgłaszał tego publicznie, miałoby to bowiem zły wpływ na wyniki sprzedaży "Abbey Road". Na skutek decyzji Johna, jesienią każdy z Beatlesów poszedł w swoją stronę. Lennon w tym czasie pozostawał najaktywniejszym członkiem grupy, śmiało udzielając się publicznie i wydając w październiku singiel pod tytułem "Cold Turkey", Ringo zajął się nagrywaniem płyty z rockowymi i popowymi standardami "Sentimental Journey", George dołączył do duetu Delaney and Bonnie na czas ich trasy koncertowej, zaś Paul wyjechał z Lindą na farmę w Szkocji, gdzie zaczął przeżywać poważny kryzys, co zaowocowało nagraniem jego pierwszego solowego krążka o nazwie "McCartney".

Rzecz w tym, że niezrealizowany dotąd projekt "Get Back" nie został formalnie domknięty, w związku z czym pojawił się pomysł, by w obliczu rozwiązania The Beatles wydać jeszcze jedno premierowe wydawnictwo z ich udziałem. Z racji odejścia Lennona, nagranie nowej płyty nie wchodziło w grę, postanowiono więc sięgnąć do odrzuconych przez muzyków nagrań z tamtej sesji. Dzięki temu Paul, George i Ringo (John przebywał wtedy w Danii) spotkali się 3 i 4 stycznia 1970 roku w studiu Abbey Road, by w trio zarejestrować utwór "I Me Mine" i poprawić kilka innych. Realizator dźwięku Glyn Johns ponownie otrzymał zadanie skompilowania albumu z nagranego materiału i znów efekty jego pracy zostały odrzucone.

W marcu producent Klein poprosił producenta Phila Spectora o dokończenie longplaya. Jedyną osobą z zespołu z którą Klein kontaktował się w sprawie tego zatrudnienia był... John, będący pod wrażeniem pracy, jaką Spector włożył przy realizacji jego solowego singla "Instant Karma!". Miał on poprawić wiele aspektów albumu, by ten nadawał się do sprzedaży. Producent wziął się na poważnie do roboty, dzięki czemu na przełomie marca i kwietnia miksował cały materiał, dogrywał chórki oraz partie orkiestry, a także namówił Ringo, by ten ponownie nagrał niektóre partie perkusji. Poza nagraniami studyjnymi wykorzystano również rejestracje pochodzące ze słynnego koncertu na dachu siedziby Apple ("Dig a Pony", "One After 909" oraz "I've Got a Feeling"). Przy okazji krążek przemianowano z "Get Back" na "Let It Be".

W związku z wydaniem "Let It Be" w maju 1970 roku, zaplanowana na kwiecień data premiery longplaya "McCartney" miała zostać przesunięta. Paula namawiał do tego zarówno Klein, jak i inni Beatlesi. Muzyk uznał jednak, że potraktowano go niesprawiedliwie i w przypływie irytacji wyrzucił z domu Ringo, który przyniósł mu złe wieści. McCartney nie ugiął się naciskom, ale postanowił wykorzystać ten fakt do wypromowania swojego dzieła. Do recenzenckich kopii krążka, przekazanych dziennikarzom tydzień przed oficjalną premierą, 10 kwietnia 1970 roku, dołączył list napisany w formie wywiadu z samym sobą, w którym ogłosił swoje odejście z The Beatles. Był to definitywny koniec zespołu. Paul wyrządził tym sobie pewną krzywdę, gdyż przez pewien czas miłośnicy grupy myśleli, że to on stoi za jej rozwiązaniem, podczas gdy to Paulowi najbardziej zależało, by utrzymać The Beatles przy życiu.

Muzyk dodatkowo wpadł w szał, gdy usłyszał rezultaty poczynań Spectora przy "Let It Be" (oprócz niego reszta Beatlesów chwaliła rezultat uzyskany przez producenta). Zmiana aranżacji i produkcyjne bogactwo (w tym orkiestrowe ozdobniki) doszczętnie zrujnowały wizję McCartney'a, by nagrania z tej sesji pozostawały surowym odzwierciedleniem dźwięku The Beatles. Mimo to, album w takiej formie wydano 8 maja 1970 roku, tuż po oficjalnym rozwiązaniu kapeli. Mimo że naturalnie mógł on liczyć na powodzenie w kontekście sprzedaży, to jego recenzje pozostawały mocno mieszane, co nie powinno dziwić przy fakcie, że nawet sami muzycy nie byli w pełni zadowoleni z rezultatów niełatwych zmagań przy tym wydawnictwie. W pewnym stopniu mamy do czynienia z odrzutami, których nie umieszczono przy okazji nagrywania "Abbey Road" - a przecież do nagrywanych w styczniu 1969 roku "I Want You (She's So Heavy)" czy "Maxwell's Silver Hammer" wówczas powrócono.

Na "Let It Be" słychać, że muzycy chcieli powrócić do swoich korzeni, dzięki czemu na przygotowywanym na początku 1969 roku longplayu miały dominować bardzo proste, niekiedy dość ascetyczne aranżacyjnie kawałki, utrzymane w duchu pierwszych dokonań. Dzięki temu sięgnięto nawet do jednej z pierwszych kompozycji stworzonych przez Lennona, czyli napisanego w końcówce lat 50., rock'n'rollowego "One After 909". Zmagania produkcyjne Phila zniszczyły cały zamysł, przez co kilka piosenek wydaje się przeprodukowanych, ze szkodą dla całości. Oczywiście, niektóre z poprzednich dzieł grupy, jak "Revolver" czy "Sgt. Pepper's Lonely Hearts Club Band", cechowało aranżacyjne bogactwo, w tym udział orkiestry, jednak tam przy znacznie większym udziale George'a Martina robiono to umiejętnie i z klasą, czego niestety nie da się powiedzieć o aranżacjach niektórych utworów z opisywanego dzieła.

W porównaniu do tamtych wydawnictw łatwo mówić o pewnym niedosycie. Na szczęście całość nie jest tak niespójna i rozstrzelana stylistycznie, jak "Biały album", choć nadal dość przypadkowa - w czym nie pomagają zostawione przez producenta różne niuanse, typu falstart na początku "Dig a Pony" czy pochodzący z występu na dachu dialog umieszczony na końcu "Get Back" (mimo że na albumie znajduje się wersja studyjna). Longplay trwa 35 minut z kawałkiem, co przemawia na jego korzyść. Niestety, nawet przy tak krótkim czasie trwania postarano się o sporą ilość uchybień. Płycie brakuje pieczołowitej produkcji zapewnianej przez Martina i będącej jednym ze znaków rozpoznawczych The Beatles. Przez to brzmi on bardziej archaicznie w porównaniu do kilku poprzednich dokonań, a instrumenty nie posiadają zbyt wiele przestrzeni. To co także razi w przypadku "Let It Be" to nieprzemyślane ustawienie tracklisty i niewłaściwa selekcja. Ciekawi mnie też czy gdyby nie nagłe zakończenie działalności Beatlesów, czy do niektórych z tych nagrań (szczególnie do "One After 909" i "For You Blue") ich twórcy kiedykolwiek by powrócili?

Niby już na początku pojawia się całkiem fajny, folkowy "Two of Us", ale przy tym całkowicie pozbawiony energii, przez co nie sprawdza się najlepiej na start płyty - szczególnie jeśli porównać go z takimi otwieraczami, jak "Come Together", "Taxman" czy "Magical Mystery Tour". Na otwarciu nie sprawdziłby się również "Dig a Pony", ale ma to szczęście, że następuje jako nr 2, po "Two of Us". To też całkiem przyzwoity, snujący się w wolnym tempie numer, a przy tym czerpiący wiele z bluesa. Poziom momentalnie wzrasta przy "Across the Universe" - uczuciowej i ładnej balladzie ze skupionym wokalem Johna i znakomitą linią melodyczną. Nawet dodanie chórków przez Spectora aż tak nie razi i nadaje fajnego klimatu. Co więcej, muszę uczciwie przyznać, że to moje ulubione wydanie tego numeru. Pierwsze nagrania do "Across the Universe" podjęto już na początku 1968 roku, a pierwszy raz można było go usłyszeć nie na opisywanym krążku, ale na wydanej 12 grudnia 1969 roku, charytatywnej kompilacji "No One's Gonna Change Our World" (znalazł się na nim wczesny miks, później dostępny także na kompilacji The Beatles "Past Masters").

Nietrudno też ulec urokowi dostarczonemu przez Harrisona "I Me Mine". Zwrotki utrzymane są w tempie walca, a w zaostrzonym refrenie trójka muzyków przechodzi do rockowego czadu. Mimo takiego kontrastu, wszystko trzyma się przysłowiowej kupy i brzmi spójnie. Niepotrzebnie wklejono tu partie orkiestry, ale wrażenie i tak pozostaje pozytywne. Podobnie jak w największym osiągnięciu z tego wydania, czyli tytułowym "Let It Be", przy okazji jednej z najpopularniejszych kompozycji z dorobku The Beatles. To niezwykle czuła, skromna ballada, oparta głównie na brzmieniu pianina i organów Hammonda oraz posiadająca świetny wokal McCartney'a i ostrą solówkę Harrisona. Moim zdaniem to właśnie dwie ballady ("Let It Be" McCartney'a i "Across the Universe" Lennona) wypadły tutaj najciekawiej. Warto dodać, że w "Let It Be" na organach gra Billy Preston, który z racji tego, że brał czynny udział w styczniowych nagraniach udziela się także w wielu innych kompozycjach ("Dig a Pony", "Dig It", "I've Got a Feeling", "One After 909", "The Long and Winding Road", "Get Back").

Jak na razie w stronę albumu poleciały ode mnie same pochwały, a przecież nie brakuje tu również zwyczajnie zbędnych fragmentów. Ewidentnie najsłabiej wypadają "Dig It" i "Maggie Mae". Pierwszy z nich to ewidentnie głupkowaty, 50-sekundowy wygłup (ponadto - chyba też dla żartu - podpisany przez cały kwartet), nie wprowadzający do całości niczego ciekawego. Muzycznie wygląda dość żenująco, zaś barwa głosu Lennona przypomina trochę Micka Jaggera (czyżby tekst Like a rolling stone był nieprzypadkowy?). Oprócz głównej czwórki, udzielają się w nim George Martin grający na marakasach i Preston na organach. Za to 40-sekundowy "Maggie Mae" to beatlesowskie opracowanie folkowego standardu. W ich wersji brzmi on bardziej rock'n'rollowo i przypomina ich wczesną twórczość. Jednak nawet na takim wydawnictwie, jak "Beatles for Sale", byłby to jeden z najsłabszych kawałków. Oba nagrania trudno nawet nazwać utworami, wyglądają zaledwie jak ich szkice. Wyglądają na wrzucone tylko po to, by nieco wydłużyć ten i tak dość krótki album. Dodatkowo, pod względem kolejności sąsiadują z "Let It Be", przez co wyglądają jeszcze bardziej bezcelowo.

Niewiele lepiej prezentuje się wspomniany już "One After 909" - przesadnie prosty rock and roll, do tego nieciekawy melodycznie, choć wyróżniający się niezłym duetem wokalnym Lennon-McCartney. Takie nagranie w dobie rozkwitu naprawdę ciężkiego grania spod znaku Led Zeppelin czy Black Sabbath musiało brzmieć staroświecko, jak relikt odległych lat 50., a przez to niezbyt atrakcyjnie. Jednak utworem o najbardziej zaprzepaszczonym potencjale jest bez wątpienia "The Long and Winding Road". Do dziś nie mogę wybaczyć Spectorowi, że swoimi nachalnymi (w odróżnieniu od "Across the Universe") chórami i orkiestracjami tak bardzo spieprzył ten kawałek. W zaprezentowanej tu wersji wypada on niemalże niestrawnie i niemiłosiernie pretensjonalnie. Takie zagranie dobitnie pokazuje ile w kontekście danej kompozycji znaczy jej aranżacja. Przy okazji, to właśnie "The Long and Winding Road" (ze stroną B w postaci "For You Blue") promował longplay na singlu.

W odróżnieniu od opisanych w dwóch poprzednich akapitach czterech nagrań całkiem przyjemnie wypada "I've Got a Feeling" w wersji z koncertu na dachu Apple. Zastosowano w nim intrygujący kontrast z brzmieniem gitar, od delikatnych po naprawdę ostre. Nie najgorzej słucha się również bluesowego "For You Blue" Harrisona, choć to też żadna rewelacja i po raz kolejny nie zachwyca tu produkcja. Krążek wieńczy prościutki, galopujący "Get Back" z chwytliwą melodią i organowymi ozdobnikami, w otwarty sposób nawiązujący do muzycznych korzeni The Beatles. Kawałek wydano dużo wcześniej na singlu, 11 kwietnia 1969 roku. Inny niealbumowy singiel, "Let It Be", został wypuszczony 6 marca 1970 roku i zawierał stronę B z niezbyt udaną, inspirowaną awangardą kompozycją "You Know My Name (Look Up the Number)", prawdopodobnie będącą połączeniem kilku odrębnych nagrań. Jej ukończenie zajęło muzykom aż dwa lata.

Pozostaje więc pytanie - czy efekty zmagań w kontekście "Get Back" da się jakoś uratować, by stworzona na ich podstawie płyta nie okazała się lekkim rozczarowaniem? Okazuje się, że tak. 17 listopada 2003 roku ukazało się bowiem wydawnictwo pod tytułem "Let It Be... Naked", prezentujące większość zawartości "Let It Be" według wizji McCartney'a, a przy tym obdarte z wszelkich poprawek popełnionych przez Spectora. Na potrzeby tego przedsięwzięcia Paul zatrudnił realizatorów z Abbey Road i powierzył im stworzenie longplaya z oryginalnych ścieżek studyjnych. Dzięki temu udało się poprawić wiele popełnionych 33 lata wcześniej błędów. Twórcy mieli do dyspozycji wiele godzin nagrań, w tym nieudane podejścia, alternatywne wersje utworów, powtórki czy odrzuty. Z tego wszystkiego stworzono dzieło wierne duchowi sesji ze stycznia 1969 roku.

Nie tylko opracowano aranżacje praktycznie od podstaw, ale i popracowano nad odpowiednią tracklistą oraz prawidłowym jej ułożeniem. Skupiono się także wyłącznie na warstwie muzycznej i usunięto wszelkie improwizowane teksty czy dialogi (w tym oryginalny wstęp do "Get Back" czy początek "Two of Us"), a przy tym solidnie podrasowano produkcję i uwypuklono poszczególne instrumenty, by całość brzmiała bardziej nowocześnie. Wszystko to powoduje, że "Let It Be... Naked" prezentuje się dużo lepiej i bardziej klasycznie od pierwowzoru. Osobom odpowiedzialnym za ten miks należą się duże brawa, bo tutaj nawet te mniej przekonujące momenty trochę zyskują dzięki naturalnemu, nieprzetworzonemu brzmieniu.

Zawartość również robi większe wrażenie. Na początku zawarto "Get Back", spisujący się w roli otwieracza dużo lepiej od "Two of Us", a na końcu zasłużenie umieszczono podniosły "Let It Be", kapitalnie podsumowujący całe wydawnictwo (choć szkoda, że umieszczono tu wygładzoną, słabszą od tej z oryginału solówkę Harrisona). Na szczęście, na opisywanym wznowieniu zrezygnowano z bezsensownych "Dig It" i "Maggie Mae", a w zamian za to dołączono nieobecny w oryginale, utrzymany w luzackim klimacie "Don't Let Me Down" w wersji z koncertu na dachu. "Don't Let Me Down" pojawił się już wcześniej na singlu na stronie B "Get Back" w nieco słabszym, studyjnym wydaniu. Wykonanie koncertowe zadziwia pomyślną współpracą grających na pełnym luzie muzyków.

W całym zestawie zdecydowanie najwięcej zyskuje "The Long and Winding Road", który w bardziej ascetycznym (opartym głównie na brzmieniu fortepianu i wzbogaconym o wejścia Prestona) wydaniu okazuje się naprawdę piękną balladą z emocjonalnym popisem wokalnym Paula (w pierwotnej wersji wykorzystano inne, słabsze podejście) i cudowną melodią. To jeden z najbardziej poruszających kawałków zespołu, i przy okazji jeden z najwspanialszych. Z kolei nieco mniej przekonuje mnie zagrany w odrobinę szybszym tempie "Across the Universe", dalej zachowujący bardzo udany poziom, ale podczas słuchania, o dziwo, brakuje mi jednak tych wypełniających odpowiednio przestrzeń chórków. Zachowano też słabszy "One After 909", ale ostatecznie można go potraktować jako urozmaicenie materiału.

Mimo iż "Let It Be" posiada kilka niezaprzeczalnych walorów i nie można nazwać go bezwartościowym, to dopiero wznowienie "Let It Be... Naked" pokazuje, że zamysł McCartney'a nie był pozbawiony sensu i mógł wprowadzić powiew świeżości do twórczości The Beatles po psychodelicznym okresie lat 1965-1967 oraz rozchwianym gatunkowo "Białym albumie". O ile pierwsza wersja, dzięki niewłaściwemu ułożeniu kompozycji czy poprawkom Spectora, nie stanowi godnego pożegnania (według daty premiery albumów) z The Beatles, tak druga niewątpliwie czymś takim jest. Do tego, uświadamia, że w tej styczniowej, kontrowersyjnej sesji tkwił niemały potencjał, który należało po prostu odpowiednio dopracować. Z wersji "Naked" dwaj żyjący Beatlesi mogą być naprawdę dumni.

Robert Rosiński
5
Zespoły / THE BEATLES - LET IT BE (1970/2021) cz.3
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Dzisiaj o 14:49:07 »
THE BEATLES - LET IT BE (1970/2021) cz.3

Kiedy relacje w zespole zaczęły się psuć, Paul McCartney nabrał przekonania, że jedynie powrót do koncertowania i muzycznych korzeni może uratować zespół. O ile pomysł powrotu na scenę został zdecydowanie odrzucony przez Johna Lennona i George'a Harrisona (aczkolwiek 30 stycznia 1969 roku zespół, wsparty przez klawiszowca Billa Prestona, zagrał pojedynczy, niezapowiedziany występ na dachu swojej londyńskiej siedziby), tak druga część propozycji McCartneya spotkała się z akceptacją. Jednak sesje nagraniowe albumu (mającego nosić tytuł "Get Back") jeszcze bardziej skłóciły muzyków, a jakość zarejestrowanego materiału pozostawiała wiele do życzenia. Projekt został więc wstrzymany, a zespół rozpoczął pracę nad innym materiałem, który wypełnił album "Abbey Road".

Tuż przed jego wydaniem, we wrześniu 1969 roku, ze składu odszedł Lennon. Pozostała trójka - świadoma, że dalsza działalność nie ma sensu - postanowiła przynajmniej dokończyć zarzucony wcześniej projekt "Get Back". Na początku 1970 roku muzycy zatrudnili nowego producenta, Phila Spectora, którego rola polegała przede wszystkim na dodaniu orkiestrowego tła do kilku utworów. Ponadto zespół nagrał od nowa wiele partii, a także zarejestrował jedną zupełnie nową kompozycję, "I Me Mine". W ten sposób udało się ukończyć dziewięć utworów, w tym dwa już wcześniej wydane ("Get Back" ukazał się na singlu, a "Across the Universe" na charytatywnej kompilacji). Repertuaru dopełniły trzy kawałki zarejestrowane podczas wspomnianego występu na dachu ("Dig a Pony", "I've Got a Feeling" i "One After 909"). Wydawnictwo ostatecznie otrzymało tytuł "Let It Be".

Muzycy rzeczywiście cofnęli się do swoich korzeni - do rock and rolla i bluesa (nawet nagrali jedną ze swoich najwcześniejszych kompozycji, rockandrollową "One After 909", napisaną jeszcze w końcówce lat 50.). Ale efekt jest zupełnie inny, niż na wczesnych albumach zespołu. Bardziej dojrzały, pozbawiony tej młodzieńczej naiwności. Zamiast tego słychać zmęczenie muzyków i to, że materiał powstawał w bólach. Idealnie pasuje tutaj surowe brzmienie z oryginalnej sesji, natomiast efekt ten psują orkiestracje dodane do spokojniejszych utworów - w "I Me Mine", "Let It Be" i "The Long and Winding Road" dodają niepotrzebnego patosu, zaś wręcz kuriozalnie brzmią w psychodeliczno-folkowym "Across the Universe". Pomijając kwestie stylistyczne i brzmieniowe, same kompozycje w znacznej części są po prost przeciętne. Pozytywnie wyróżnia się przede wszystkim tytułowy "Let It Be" - bardzo ładna ballada, w albumowej wersji ozdobiona fajną, ostrą solówką Harrisona. Na plus zaliczyć można także bluesrockowy "Dig a Pony", prawie hardrockowy "I've Got a Feeling", akustyczny, zahaczający o stylistykę country "Two of Us", a także "Across the Universe". Bardzo obiecująco zaczyna się "I Me Mine", ale rockandrollowe zaostrzenia psują cały klimat. Najgorzej wypadają natomiast niby-żartobliwe przerywniki "Dig It" i "Maggie Mae".

W 2003 roku ukazało się wydawnictwo "Let It Be... Naked", zawierające zremiksowaną wersję albumu, bliższą oryginalnego pomysłu McCartneya. Zmieniono na nim kolejność utworów (dzięki czemu np. całość rozpoczyna czadowy "Get Back", zamiast niepasującego w roli otwieracza "Two of Us"), a także zrezygnowano z "Dig It" i "Maggie Mae", zastępując je udanym, bluesrockowym "Don't Let Me Down" (oryginalnie wydanym na stronie B singla "Get Back", tutaj jednak wykorzystano nagranie z koncertu na dachu, ze świetnymi partiami organów i basu). Największą zaletą tej wersji albumu jest jednak rezygnacja z orkiestracji w "Across the Universe", "I Me Mine", "Let It Be" i "The Long and Winding Road". Zyskał na tym przede wszystkim ten ostatni, który w takiej bardziej ascetycznej wersji odsłania cale swoje piękno, we wcześniej znanej wersji ukryte pod sporą dawką kiczu. Minusem tej wersji albumu jest jednak wykorzystanie w "Let It Be" łagodniejszej solówki, podobnej do tej z singlowej wersji utworu.

Sam pomysł na to wydawnictwo był ciekawy, ale takie czynniki, jak nienajlepsza atmosfera w studiu i nietrafiona zmiana producenta, negatywnie wpłynęły na ostateczny efekt. Głównym problemem była jednak mała ilość naprawdę dobrego materiału, przez co nawet przygotowany po latach, bardziej udany miks albumu tylko nieznacznie podniósł jego poziom. "Let It Be" jest zdecydowanie najsłabszym studyjnym wydawnictwem The Beatles z dojrzałego okresu twórczości ("Yellow Submarine" nie liczę jako pełnoprawnego albumu) i mało imponującym zwieńczeniem dyskografii.

Paweł Pałasz

1. Two Of Us
2. Dig A Pony
3. Across The Universe
4. I Me Mine
5. Dig It
6. Let It Be
7. Maggie Mae
8. I've Got A Feeling
9. One After 909
10. The Long And Winding Road
11. For You Blue
12. Get Back

John Lennon - lead and backing vocals, rhythm guitar, lead guitar on "Get Back", lap steel guitar on "For You Blue", acoustic guitar on "Two of Us", "Across the Universe" and "Maggie Mae", six-string bass guitar on "Dig It" and "The Long and Winding Road", whistling on "Two of Us"

Paul McCartney - lead and backing vocals, bass guitar, acoustic guitar on "Two of Us" and "Maggie Mae", piano on "Dig It", "Across the Universe", "Let It Be", "The Long and Winding Road", and "For You Blue", Hammond organ on "I Me Mine", electric piano on "I Me Mine" and "Let It Be", maracas on "Let It Be"

George Harrison - lead and rhythm guitars, acoustic guitar on "For You Blue" and "I Me Mine", tambura on "Across the Universe", lead vocals on "I Me Mine" and "For You Blue", backing vocals

Ringo Starr - drums, percussion on "Across the Universe"

Additional musicians:
Richard Anthony Hewson - string and brass arrangements on "I Me Mine" and "The Long and Winding Road"

John Barham - choral arrangements on "Across the Universe", "I Me Mine" and "The Long and Winding Road"

George Martin - Hammond organ on "Across the Universe", shaker on "Dig It", string and brass arrangements on "Let It Be", production

Linda McCartney - backing vocals on "Let It Be"

Billy Preston - electric piano on "Dig a Pony", "I've Got a Feeling", "One After 909", "The Long and Winding Road" and "Get Back", Hammond organ on "Dig It" and "Let It Be"

Brian Rogers - string and brass arrangements on "Across the Universe"

https://www.youtube.com/watch?v=QDYfEBY9NM4
6
Zespoły / TRANSATLANTIC - LIVE AT MORSEFEST 2022: THE ABSOLUTE WHIRLWIND (2024) [LIMITED E
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Czerwiec 16, 2024, 21:50:52  »
TRANSATLANTIC - LIVE AT MORSEFEST 2022: THE ABSOLUTE WHIRLWIND (2024) [LIMITED EDITION ARTBOOK]

Nowy album koncertowy supergrupy Transatlanttic Live at Morsefest 2022: The Absolute Whirlwind ukaże się 26 kwietnia 2024 roku nakładem Inside Out Music. Został on zarejestrowany podczas słynnego Morsefestu.

Morsefest organizowany jest przez Neala Morse'a od 2014 roku w Nashville, w stanie Tennessee. Weekendowe wydarzenie zazwyczaj celebruje muzykę solowych projektów Neala i innych zespołów z nim związanych. Jednak z każdą edycją Morsefestu publiczność zadawała pytanie: kiedy Neal Morse, Mike Portnoy, Roine Stolt i Pete Trewavas wystąpią na tym wydarzeniu? W 2022 roku, podczas 9. edycji Morsefestu, ostatecznie to się stało.

W 2021 roku Transatlantic wydał piąty album The Absolute Universe. Ponieważ motto zespołu brzmi: "More Is Never Enough", The Absolute Universe został wydany w dwóch różnych wersjach - The Breath of Life (Abridged version) i Forevermore (Extended version). Ponadto zespół połączył te dwie wersje w edycji Ultimate. Po tym, jak restrykcje związane z pandemią covid ostatecznie zostały zniesione, zespół rozpoczął w kwietniu 2022 roku trasę koncertową, która zakończyła się w weekend 29 i 30 kwietnia na Morsefest.

Podczas tego weekendu grupa zaoferowała dwa wieczory. Pierwszego zagrała w całości, po raz pierwszy od 10 lat, swój klasyczny album The Whirlwind. Dodatkowo muzycy zaprezentowali również Into the Blue i Shine z albumu Kaleidoscope oraz klasyczną balladę We All Need Some Light. Drugiego dnia The Absolute Universe - The Ultimate Edition został wykonany w wersji łączącej wszystkie tytuły z dwóch edycji albumu. Wieczór zakończył się mieszanką tytułów z dwóch pierwszych albumów zespołu, w tym All of the Above, My New World i Stranger In Your Soul. Grupa po raz pierwszy występowała razem z chórem i sekcją smyczkową, co sprawiło, że te koncerty okazały się niezwykle wyjątkowe. Rzecz ukaże się w wersji Limited Deluxe 5 CD + 2 Blu-ray z obszerną 36-stronicową książeczką ze zdjęciami w twardej oprawie.

Art Rock

Międzynarodowa supergrupa Transatlantic ma na swoim koncie pięć albumów studyjnych i aż sześć (do tej pory) zestawów koncertowych, z których jeden nosił tytuł „More Is Never Enough”. Idealnie oddaje on wydawniczą filozofię zespołu, na co dowodem jest opublikowany pod koniec kwietnia kolejny box wypełniony nagraniami na żywo, zatytułowany „The Absolute Universe – Live At MorseFest 2022”. Czy przy tej ilości tego typu publikacji warto raz jeszcze poświęcić trochę czasu i (chcąc nabyć fizyczną wersję) pieniędzy, by zapoznać się z najnowszą propozycją kwartetu Neal Morse – Roine Stolt – Pete Trewavas – Mike Portnoy? Moją odpowiedź na to pytanie znajdą Państwo na końcu tego tekstu.

Ale po kolei. W ubiegłym roku ukazała się płyta „The Final Flight – Live At L’Olympia”, która dokumentowała ostatni występ trasy promującej album „The Absolute Universe”. Trasy, która rozpoczęła się w Glenside w USA 15 kwietnia 2022 roku. Dokładnie dwa tygodnie później muzycy dotarli do Cross Plains w Tennessee, by w Life Center Church wystąpić jako gwiazda organizowanego przez Neala festiwalu MorseFest. I to dwukrotnie – 29 i 30 kwietnia, każdego wieczoru przedstawiając publiczności inny set. Dodatkowo na scenie kwartetowi, oprócz etatowego na tej (i poprzedniej) trasie muzyka towarzyszącego w osobie Teda Leonarda (Enchant, Spock’s Beard, Pattern-Seeking Animals), pojawił się żeński chór (Debbie Bresee, Julie Harrison, Amy Pippin, April Zachary), kwartet smyczkowy (Josee Weigand Klein – 1. skrzypce, Kristi Smith – 2. skrzypce, Claire Withcomb – altówka i Gideon Klein – wiolonczela) oraz Philip Martin, który grał na dodatkowych instrumentach perkusyjnych. Zatem specjalnie na te dwa wieczory skład Transatlantic rozrósł się do 14 (!) osób.

Pierwszy z wieczorów rozpoczął się od otwierającego płytę „Kaleidoscope” (2014) nagrania „Into The Blue”. Wspominałem, że na poprzedniej koncertowej płycie zabrakło przedstawicieli tego albumu, co dla mnie nie było specjalną wadą. Na szczęście tu wybrano najciekawszy fragment tamtego wydawnictwa. Jako trzecie w setliście pojawił się jeszcze utwór z tego albumu – „Shine”, zadedykowany (podobnie jak całe wydawnictwo) nieżyjącemu już wielkiemu fanowi zespołu, Paulowi Hanlonowi. Wykonanie zostało poprzedzone stosownym przemówieniem Neala. Cóż, nigdy nie byłem specjalnym fanem tego nagrania. Ot, zwykła piosenka. Jednak w tym kontekście wybrzmiała jakoś inaczej, bardziej przejmująco, chwytając za serce.

Pierwszą część tego występu uzupełniają dwa nagrania z debiutu („SMPTe” (1999)), cover Procol Harum, od którego de facto zaczęła się historia Transatlantic, czyli „In Held ('Twas) in I” oraz utwór, który po prostu zawsze musi się pojawić, poprzedzony gitarowym duetem Morse – Stolt, „We All Need Some Light”. Tu został wzbogacony klimatyczną partią instrumentów smyczkowych, a główna linia wokalna podzielona została tradycyjnie pomiędzy Neala, Roine i Teda.

Głównym daniem tego wieczoru była zagrana w całości suita „The Whirlwind”, która wypełnia drugi dysk audio. Porywająca prezentacja uznawanego za jedno z największych, a może i największe, dokonań grupy żadnego fana nie pozostawi obojętnym. Od pełnego symfonicznego rozmachu (kwartet smyczkowy robi tu różnicę) „Overture / Whirlwind” przez potężny „The Wind Blew Them All Away” (tu świetną pracę wykonują z kolei panie w chórkach), przebojowy „Out Of The Night”, cudownie nastrojowy „Rose Colored Glasses”, funkujący „Set Us Free”, zadziorny „Lay Down Your Life” (śpiewany przez Leonarda), mroczny „Is It Really Happening?” aż po wielki finał w postaci duetu „Dancing With Eternal Glory / Whirlwind (reprise)” muzycy zabierają nas na wspaniałą progrockową podróż swoim sterowcem.

Drugi wieczór rozpoczął się od niemniej rewelacyjnego wykonania w całości albumu „The Absolute Universe”. Koncertową odsłonę najbardziej rozbudowanego wydawnictwa w karierze grupy opisałem przy okazji recenzji płyty „The Final Flight – Live At L'Olympia”, więc tu tylko wspomnę, że wzbogacone o dodatkowe głosy, perkusjonalia i, przede wszystkim, kwartet smyczkowy przedstawienie wersji „The Ultimate” naprawdę powala potęgą brzmienia.

Na bis muzycy przygotowali nie lada gratkę w postaci dawno nie słyszanego na żywo nagrania tytułowego z drugiej płyty „Bridge Across Forever”. Na scenę powrócili tylko Neal Morse, Roine Stolt i kwartet smyczkowy. Głównym aktorem jest tu oczywiście ten pierwszy, przejmująco śpiewający na tle fortepianowego podkładu wzbogaconego o dźwięki skrzypiec, altówki i wiolonczeli oraz delikatnych gitarowych ozdobników. Po tym, niemal intymnym, utworze przyszłą pora na wielki finał w postaci wiązanki utworów z dwóch pierwszych płyt kwartetu. Ze sceny wybrzmiały połączone ze sobą fragmenty nagrań „Duet With The *censored*”, „My New World”, “All Of The Above” i „Stranger In Your Soul”. Jeszcze tylko ukłony i pierwszy (i prawdopodobnie jedyny) występ Transatlantic na MorseFest dobiegł końca. Z opisu umieszczonego wewnątrz wydawnictwa można przeczytać, że był to także ostatni festiwal w tym miejscu, bo niedługo potem budynek został sprzedany.

Ogromne przedsięwzięcie muzyczne – dwa wieczory, z których w każdym z nich zaprezentowany został inny set nagrań wypełnia prawie 4 i pół godzinny zestaw wydany z wielkim rozmachem. Pięknie prezentujący się 10-calowy artbook kryje w sobie aż pięć płyt kompaktowych oraz dwa Blu-raye. Niestety na tych dwóch ostatnich dyskach próżno szukać miksu przestrzennego w formacie 5.1, że o Dolby Atmos już nie wspomnę. Cóż, można było się spodziewać czegoś więcej niż tylko stereofonicznej ścieżki. Wizualnie to poprawnie zrealizowany materiał, bez fajerwerków. Czternaścioro muzyków, za plecami których umieszczone zostały trzy ekrany, na których wyświetlane były różne wizualizacje lub też zbliżenia artystów. Do tego raczej spokojne światła i pojawiające się od czasu do czasu dymy, które wprowadzały nutkę tajemniczości m.in. podczas prezentacji utworów „Solitude” czy „Bridge Across Forever”. Dodam, że w lipcu fani, którzy niekoniecznie czują potrzebę posiadania tak rozbudowanego wydawnictwa, a jednocześnie chcący postawić na półce zapis tego materiału w wersji fizycznej, będą mogli nabyć samodzielna wersję wizyjną umieszczoną na dwóch Blu-rayach w „zwykłym” pudełku.

25 lat po debiucie kwartet Stolt – Morse – Portnoy – Trewavas oddaje nam do rąk swoje, już siódme, koncertowe wydawnictwo. Wracając do zadanego we wstępie pytania – „Czy warto sięgnąć po nie?”- cóż, podchodziłem do niego z dużym dystansem i z półką wypełnioną poprzednimi koncertowymi dokumentami. Jednak koniec końców mogę odpowiedzieć, że tak. To po prostu swoiste „Greatest Hits Live” zespołu podane w wyśmienitej formie. Jeśli jest to już naprawdę ostatnia odsłona muzycznych przygód sterowca, to trzeba przyznać, że kłaniają się publiczności z właściwym sobie rozmachem. To doprawdy epickie wydawnictwo w typowym dla Transatlantic stylu.

Tomasz Dudkowski

There is something special about Morsefest. I finally got to attend in 2023 after years of buying all the videos and live recordings from each previous festival. While the Morsefest performances of Neal Morse’s catalog are maybe not the best ones I have in my collection, I still order them the minute they become available because there is a spirit in them and an emotional charge that is unique. Morsefest, is a two-evening concert, usually giving complete performances of two albums from Morse’s catalog along with some other songs. In fact, with the exception of 2023, Morse had gone out of his way to not play songs that had been played at Morsefest before. While they can be hard to find, each Morsefest recording brings something unique to the table and makes for enjoyable listening and viewing experiences.

What also makes these weekends special is that Morse adds other musicians to augment his band: background singers, strings, brass, and another percussionist. It really is great to hear the expanded band. But the best thing is the camaraderie of sitting in the venue, a church near Morse’s home in northern Tennessee in the US, and meeting other fans who traveled from around the world to experience the event. Because you’re with the same people for two days, it quickly becomes a community. It seems like the musicians love it too.

For many fans, 2022, with Transatlantic, was the holy grail of Morsefests. This super group, Morse, Roine Stolt, Mike Portnoy and Pete Trawavas, performing two of their albums in full with added musicians was like a prog fans’ dream come true and after 8 previous Morsefests, schedules finally aligned to allow Transatlantic to perform at the festival. So, what about the recordings? Did they capture that elusive “something” that makes Morsefests so special? There is nothing like being there, but these recordings do a great job of letting us experience what it may have been like.

The discs for night one are for The Whirlwind and it is brilliant. This nearly 80-minute-long piece is one of the highlights of the band’s career and, while it had been quite a few years since they had performed the whole thing (they had played a 30-minute version on the last two tours, including the one they had completed just before Morsefest) the recording crackles with energy and life. It is pretty spectacular. One fun moment is when Morse gets so caught up in the moment that Portnoy has to remind him that he is supposed to be singing. He quickly jumps in but the band is so good that, without Portnoy mentioning it, we never would have known.

The band was well-rehearsed for night two’s rendition of The Absolute Universe, coming just off their US tour and nailed this nearly 100-minute rendition, a merging of the three released studio versions. Being able to perform so much music over two nights is pretty amazing and they did it with skill and precision.

The strings support the band exceptionally well and the additional voices fill out the sound nicely. Listen for the way the strings and voices support the primary riff in “Lay Down Your Life” from The Whirlwind and the way the “Overture” from the Absolute Universe gets enhanced. Auxiliary member of Transatlantic, Ted Leonard (Spock’s Beard, Pattern Seeking Animals), gets the chance to sing lead a bit on both nights in addition to supporting on guitar and keys.

One of the questions fans talk about at Morsefest is “what other songs will they do?” Fans know that the bulk of the show will be the advertised albums but the bands usually add additional songs to fill out the evenings. Night one had the biggest surprises with the band’s first ever live performance of Procul Harum’s “In Held (Twas) in I.” The rest of the nearly an hour-long first set featured two tracks from Kaleidoscope, an album that was not represented at all on their 2022 tour, “Into the Blue” and “Shine.” Morse gave a bit of the back story to the writing of “Shine” and talked about visiting the home of Paul Hanlon, a person who had attended many Morsefests and was dying. Morse was so inspired by Hanlon’s attitude that he wrote “Shine” soon after. It gives the song special poignancy. They end the set with “We All Need Some Light,” a fitting way to follow “Shine.”

Because night two’s centerpiece, The Absolute Universe, is a longer piece there was less room for other songs. The band “merely” gives a 35-minute encore with “Bridge Across Forever,” the title track from their second album, and a medley of songs from their first two albums, the same medley they’d been playing on their recent tour. There is so much good material in those albums that it is hard to pick out highlights but the energy when the band kicks into the “Stranger in Your Soul” portion of that medley is remarkable.

This five CD, 2 Blu-ray set, nearly four and a half hours of music, is accompanied by an artbook (which I have not yet seen as of this writing, but reports are that it is pretty great.) The members of Transatlantic have been clear that the future of the band is in question. All four members have busy recording and touring schedules and finding a slot in the calendar when all four schedules allow them to work together is challenging. This deluxe set is a worthy cap to Transatlantic’s career and well worth checking out.

Bob Keeley

CD 1:
1. Into The Blue   24:26
2. In Held ('Twas) In I   16:46
3. Shine   7:54
4. We All Need Some Light   8:56

CD 2:
The Whirlwind
1. Overture/Whirlwind   9:23
2. The Wind Blew Them All Away   6:00
3. On The Prowl   7:17
4. A Man Can Feel   6:19
5. Out Of The Night   4:32
6. Rose Colored Glasses   7:58
7. Evermore   4:17
8. Set Us Free   4:48
9. Lay Down Your Life   5:00
10. Pieces Of Heaven   2:09
11. Is It Really Happening?   9:12
12. Dancing With Eternal Glory/Whirlwind (Reprise)   12:48

CD 3:
The Absolute Universe - Part 1
1. Overture   9:09
2. Reaching For The Sky   5:37
3. Higher Than The Morning   5:11
4. The Darkness In The Light   5:16
5. Take Now My Soul   3:49
6. Bully   2:10
7. Rainbow Sky   3:05
8. Looking For The Light   3:53
9. The World We Used To Know   9:22

CD 4:
The Absolute Universe - Part 2
1. The Sun Comes Up Today   5:23
2. Love Made A Way (Prelude)   2:28
3. Owl Howl   6:52
4. Solitude   5:46
5. Belong   3:14
6. Lonesome Rebel   2:43
7. Can You Feel It   3:10
8. Looking For The Light (Reprise)   5:06
9. The Greatest Story Never Ends   3:43
10. Love Made A Way   7:34

CD5:
1. Bridge Across Forever   6:42
2. The Final Medley: I. Duel With The *censored* II. My New World III. All Of The Above IV. Stranger In Your Soul   26:33

Drums, Percussion, Vocals - Mike Portnoy
Guitar, Keyboards, Vocals - Ted Leonard
Guitar, Vocals - Roine Stolt
Keyboards, Acoustic Guitar, Vocals - Neal Morse
Bass, Bass [Pedals], Vocals - Pete Trewavas

Backing Vocals - Amy Pippin, April Zachary, Debbie Bressee, Julie Harrison
Cello - Gideon Klein
Percussion - Philip Martin
Viola - Claire Whitcomb
Violin [1] - Josee Weigand Klein
Violin [2] - Kristi Smith

https://www.youtube.com/watch?v=YuAgUHnVnBk
7
Zespoły / DIAS DE BLUES - DIAS DE BLUES (1973/2015)
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Czerwiec 16, 2024, 19:54:10  »
DIAS DE BLUES - DIAS DE BLUES (1973/2015)

Wydany na początku 1973 roku, jedyny album świetnej, heavybluesrockowej formacji z Urugwaju. Ten zremasterowany i bardzo dobrze brzmiący (znacznie lepiej niż CD Akarmy w nieoryginalnej okładce) to bardzo ciężkie, jamujące granie z bluesowymi elementami w stylu Led Zeppelin, Black Sabbath, Cream i Cactus. Dość długie utwory, mnóstwo improwizacji - bardzo profesjonalna, choć undergroundowa płyta!

Na początku był kwintet Opus Alfa , który powstał w stolicy Urugwaju, Montevideo, pod sam koniec 1970 roku. Zaczynali od grania znanych rockowych kawałków, głównie amerykańskich i brytyjskich wykonawców. Dwa lata później wydali bardzo udaną płytę („Opus Alfa”) z całkowicie autorskim materiałem opartym na blues rocku z elementami psychodelii i progresywnego rocka z wykorzystaniem takich instrumentów jak skrzypce, flet, bandurri (hiszpański rodzaj mandoliny), organy, gitary akustyczne. I co ważne dla tamtejszego odbiorcy – z tekstami śpiewanymi po hiszpańsku. Ta muzyczna różnorodność stała się nadzieją dla urugwajskich fanów na niekomercyjny zespół i takąż  muzykę. Zaskakujące więc, że niemal tuż po jej wydaniu, podczas występu w Teatro del Circulo 17 lipca 1972 roku muzycy ogłosili, że grupa Opus Alfa zostaje rozwiązana. Tuż po tym klawiszowiec powrócił do pracy jako inżynier dźwięku, zaś wokalista skupił się na karierze solowej. Na szczęście pozostała trójka: Daniel Bertolone (g, voc), Jorge „Flaco” Barral (bg, voc) i  Jorge Graf (dr) postanowiła grać dalej! Niemal z marszu ruszyli w trasę pod nazwą DIAS de BLUES.

Lont, który rozpalił eksplozję tria, miał miejsce na festiwalu B.A. Rock w stolicy Argentyny, Buenos Aires, który odbył się 27 października 1972 roku. Sukces zespołu był tak wielki, że wytwórnia Discos De La Planta z miejsca zwróciła na nich uwagę. Muzyka tria, absolutnie dzika i surowa była mieszanką hiper elektrycznego, progresywnego bluesa podpartego zaangażowanymi tekstami głęboko trafiającymi do serc i umysłów gnębionego przez władzę społeczeństwa. które znajdowało się na skraju przepaści. Zespołowi udało się połączyć to, co cechowało Cream, Led Zeppelin, Cactus – potężne brzmienie oparte na silnej sekcji rytmicznej z mocno wyeksponowanym basem i kapitalną grą gitarzysty prowadzącego. Innowacyjna propozycja DIAS de BLUES spotkała się z ogromnym uznaniem urugwajskiej publiczności rozlewając się wkrótce szerokim strumieniem poza granice malutkiego kraju jakim jest Urugwaj.

Jak głosi legenda, Daniel Bertolone grał w zespole na pożyczonej gitarze, gdyż nie stać go było na własny instrument, co nie  przeszkadzało grać mu te swoje piekielne riffy i znakomite solówki,  których większość gitarzystów mogła jedynie pozazdrościć. Jorge „Flaco” Barral, będący pod silnym wpływem Jacka Bruce’a tak w partii wokalnej jak i instrumentalnej, nadał zespołowi koloryt dzięki silnemu zmysłowi melodycznemu. Z kolei utalentowany perkusista Jorge Graf, to wzór niezwykłej  precyzji, o którym śmiało można było powiedzieć, że był chodzącym metronomem.

W październiku tego samego roku muzycy weszli do studia ION w stolicy Argentyny, gdzie pod okiem tamtejszego producenta Carlosa Priza nagrali swój jedyny album zatytułowany po prostu „Dias de Blues”. Krążek ukazał się na początku 1973 roku jednocześnie w Urugwaju i Argentynie wydany przez Discos De La Planta, ale z dwiema alternatywnymi okładkami. Pierwsza, moim zdaniem zdecydowanie ciekawsza i ładniejsza, została zaprojektowana przez urugwajskiego rysownika Celmara Poumé.

Wydanie argentyńskie to rycina Jose B. Arruararrena w kolorze pistacjowym, która w 2015 roku została także wykorzystana w kompaktowej reedycji szwedzkiej wytwórni Flawed Gems.

Mówiąc o wznowieniach warto dodać, że włoska Akarma w 2000 roku wydała ten tytuł na dwóch nośnikach: winylu i CD. Co ciekawe,  Włosi nie wykorzystali żadnej z oryginalnych grafik – zaprojektowali nową, dość zaskakującą, „renesansową” szatę. Nie to, że mi się nie podoba. Wręcz przeciwnie. Tyle, że według mnie kompletnie nie pasuje do charakteru muzyki jaką trio grało.

Tył winylowej okładki Akarmy tak jak i jej front bardziej pasuje mi na album progresywnego zespołu. Stara maksyma mówiąca, że lepsze jest wrogiem dobrego w tym przypadku sprawdziła się idealnie. Inna zaś mówi, że nie szata zdobi człowieka, a okładka muzykę. Skupmy  się więc nad zawartością albumu.

Na płycie znalazło się osiem nagrań trwających w sumie 38 minut znakomitej muzyki. Co ważne – w studio nagraniowym zespół nic nie stracił ze swej mocy i tej specyficznej surowości jakie cechowały ich sceniczne występy.  Album to ciężki blues rock z fuzzowanymi partiami gitary , solidnymi bębnami i potężnym basem. Całość otwiera psychodeliczny, sześciominutowy blues zatytułowany „Amasijando Los Blues” z absolutnie fantastyczną grą gitarzysty. Znakomita technika Daniela Bertolone lśni ponad gęstą linią pulsującego basu „Flaco” Barrala. Naprawdę fantastyczne otwarcie! Po tak mocnym wejściu mamy piękną akustyczną balladę „Dame Tu Sonrisa Loco” z udanym i dość zaangażowanym politycznie tekstem (nie ostatnim na płycie) mówiącym o społecznej nierówności i niesprawiedliwości. Nie inaczej jest w kolejnej, ciężkiej bluesowej piosence „No Podrán Conmigo” gdzie z kolei mowa jest o przyszłości, a raczej braku lepszej egzystencji, z którym to tematem borykało się urugwajskie społeczeństwo w owym czasie. Młodzi fani słowa spływające z ust Barrala spijali jak miód z szeroko otwartymi ustami. Nic dziwnego. „Flaco” wyróżniał się otwartą postawą i muzycznym dążeniem zakorzenionym w wartościach ekspresyjnej wolności i doskonałej komunikacji z publicznością. Dorastając w bluesie i folku był otwarty na kulturę i muzykę różnych rejonów świata, z drugiej zaś strony przywiązywał szczególną uwagę do języka ojczystego jako nośnika swej narodowej tożsamości… Ośmiominutowy „Cada Hombre Es Un Camino”, to kolejny, powolny jak drogowy walec blues z potężnym basem i doskonałymi, wybuchowymi solówkami gitarowymi, zaś dużo krótszy „Están Desubicados” jest świetnym, acid rockowym kawałkiem. Szkoda tylko, że rozwijający się numer kończy się zbyt szybko pozostawiając lekki niedosyt. Podejrzewam, że na koncertach rozwijał się on w długi jam. A skoro o koncertach mowa, utworem, który stał się pokoleniowym hymnem była prosta piosenka „Esto Es Nuestro” z harmonijką i fortepianem. Klarowność tekstu, z którym szczególnie młodzież bardzo się identyfikowała śpiewany był w całości przez publiczność. Zespół ograniczał się li tylko do muzycznego akompaniamentu. To był zawsze magiczny moment ich występów… Swoją wściekłość zespół jednogłośnie wyładował w „Toda Tu Vida”, najpotężniejszym i najdłuższym utworze na płycie.  Zaczyna się energicznym riffem dopasowującym się do gęstej perkusji i dramatycznego głosu Jorge Barrala. Każdy z muzyków ma swoją solową partię, które ostatecznie przekształcają się w wielkie improwizowane granie. Kapitalne zakończenie tego znakomitego albumu!

Album „Dias de Blues” pełen jest potężnych gitarowych riffów, które tylko podkreślają zdolność muzyków do improwizacji czyniąc z niej charakterystyczny i rozpoznawalny znak towarowy. Do tego produkcja płyty jest nienaganna, każdy instrument słychać w krystalicznie czysty sposób. Bez wątpienia jest to reprezentatywny longplay z gatunku blues rocka, jaki powstał na ówczesnej scenie i jeden z największych rockowych albumów Ameryki Południowej lat 70-tych. Niestety obciążony politycznymi i gospodarczymi problemami Urugwaj był na skraju przepaści, co w pewnym stopniu przeszkodziło zespołowi na rozwinięcie skrzydeł i tak dobrze zapowiadającą się przyszłość. Punktem krytycznym zamykającym drogę do dalszej kariery tria okazał się zamach stanu Juana Marii Bordaberry w 1973 roku, który definitywnie spowodował rozpad grupy. Jorge Barral wyemigrował do Hiszpanii, a Daniel Bertolone do Australii. W końcu mógł sobie kupić tam gitarę… Jedynie Jorge Graf pozostał w kraju, ale tylko do połowy lat 70-tych; ostatecznie  osiedlił się we Włoszech.

Można powiedzieć, że DIAS de BLUES to dowód na to, że pragnienie to potęga i że z determinacją i z pasją można osiągnąć rzeczy bardzo wielkie. DIAS de BLUES to grupa, która wywarła wpływ nie tylko na urugwajski rock, ale m.in. na scenę argentyńską, dostarczając coś nowego, świeżego, będącego efektem samozaparcia, wiary i wysiłku. I to w czasach, które tego wcale nie ułatwiały. Szkoda, że ​​sytuacja polityczna nie pozwoliła im dłużej cieszyć się wspólnym graniem. Na całe szczęście zdążyli pozostawić po sobie ten znakomity klejnot. Wielki klasyk południowoamerykańskiego bluesa i niezbędna pozycja dla fanów gatunku.

Zibi

1. Amasijando Los Blues   6:15
2. Dame Tu Sonrisa Loco   2:37
3. No Podrán Conmigo   2:20
4. Cada Hombre Es Un Camino   7:46
5. Están Desubicados   3:28
6. Esto Es Nuestro   2:09
7. Vuela   4:02
8. Toda Tu Vida   9:23

Bass, Acoustic Guitar, Sounds [Orrigontófono], Vocals - Jorge Barral
Drums, Percussion, Piano - Jorge Graf
Electric Guitar, Guitar [Bottleneck], Harmonica, Piano, Vocals - Daniel Bertolone

https://www.youtube.com/watch?v=oXdSAVF4_AU
8
Zespoły / CAMEL - AIR BORN [THE MCA & DECCA YEARS 1973-1984] (2023) [CD13-RAIN DANCES LIVE
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Czerwiec 10, 2024, 16:48:14  »
CAMEL - AIR BORN [THE MCA & DECCA YEARS 1973-1984] (2023) [CD13-RAIN DANCES LIVE]

Po lekkim wakacyjnym wydawniczym marazmie sezon przedświąteczny prezentuje się całkiem bogato. Wśród wielu zapowiedzianych pozycji, o których będę sukcesywnie pisał, szczególnie interesująco wygląda imponujący box, jakże uwielbianej przeze mnie grupy Camel. Wydawnictwo „Air Born: The MCA & Decca Years 1973-1984” przygotowano z okazji 50-lecia ukazania się pierwszego longplaya formacji. Będzie ono zawierać aż 27 płyt CD (!!!) oraz 5 Blu-Ray’ów.

Zestaw wypełnią zremasterowane wersje wszystkich albumów studyjnych, koncertowych oraz singli zrealizowanych przez Camel dla wytwórni MCA i Decca. Do tego dojdą trzy recitale dla BBC: BBC Radio One „In Concert” – 6 czerwiec 1974, BBC Radio One „In Concert” – 22 kwiecień 1975 oraz BBC „In Concert” – Golders Green Hippodrome – 29 wrzesień 1977. Kolejne trzy koncerty to na nowo zmiksowane występy: „Live at Marquee Club, London” – 20 czerwiec 1974, „Live at Hammersmith Odeon” – 14 kwiecień 1976 oraz „Live at Hammersmith Odeon” – 1 październik 1977. Wszystkie te zapisy były co prawda już publikowane jako bonusy na poprzednich edycjach albumów zespołu, ale w nieco chaotyczny i nieuporządkowany sposób. Teraz będzie można ich wysłuchać w całości. Nader ciekawie i obiecująco przestawiają się studyjne (w większości niepublikowane) bonusy, pochodzące z sesji do poszczególnych albumów. Nie ma ich dużo, ale na pewno przysporzą sporo radości fanom formacji. Odrzutem z pierwszego albumu jest utwór „Sarah”. Aż pięć nagrań, które trafiły na płytę „Mirage”, otrzymamy dodatkowo także we wczesnych wersjach demo z 15 czerwca 1973r. Dwa mniej znane nagrania „Autumn” i „Riverman”, zespół zrealizował gdzieś pomiędzy longplayami „Mirage” i „The Snow Goose”. Krążek „Moonmadness” uzupełnią m.in. trzy studyjne dema. I wreszcie utwór „Captured” z płyty „Nude” usłyszymy we wczesnej, nieznanej dotąd wersji.

Jakby tego było mało, albumy „Camel”, „Mirage”, „The Snow Goose”, „Moonmadness” i „Nude” otrzymujemy także w zupełnie nowych miksach stereo oraz 5.1. Ogromna szkoda, że w podobny sposób nie opracowano pozostałych płyt. Być może nie udało się odnaleźć taśm z zapisami wielośladowymi?

Jeśli chodzi o materiały wideo, to poza paroma klipami i fragmentami występów z TV znajdą się tam koncerty: BBC TV „The Old Grey Whistle Test” – 21 czerwiec 1975, Live at Hammersmith Odeon – 1 październik 1977 oraz film „Pressure Points”. Pudełko uzupełni oczywiście gruba książka oraz plakat.

Paweł Nawara

The box features 27 CDs & five blu-rays and includes newly remastered versions of every Camel album and single issued between 1973 and 1984, but also includes new stereo and 5.1 Surround Sound versions of five albums, as well as new mixes of three concerts; The Marquee Club, London 1974, Hammersmith Odeon 1976 and Hammersmith Odeon 1977.

The package also features previously unreleased outtakes from album recording sessions and BBC Radio ‘In Concert’ appearances from 1974, 1975, 1977 and 1981.

Emerging just in time to honour the 50th anniversary of their debut album, Air Born is a sprawling boxed set which, as the title implies, celebrates their years spent with MCA and Decca. This was not always a happy time in terms of the band's relationship with Decca; in particular, after Andy Ward suffered a mental health crisis and attempted suicide, Andrew Latimer wanted to put the band on hiatus for a while to give Ward a chance to recuperate, but heartlessly Decca demanded that Camel put out a new studio album anyway - and pressured them to make it commercially friendly on top of that - which is what led to the critical stumble of The Single Factor.
Still, musically speaking this covers the music which Camel built their legacy on and more besides. Full remasters (and, for some select albums, additional stereo remixes) of all the Camel studio releases from their debut to Stationary Traveller are, naturally, included, along with a range of supplementary material ranging from unreleased studio tracks through to full live performances.

Much of this stuff has emerged in one form or another as bonus tracks over time, but there are a few significant bits of material which are new to this release. The major scoop of the collection is the full demo tape the band recorded in between their debut album and Mirage, which finds early versions of almost all the Mirage tracks present - only Freefall from that album is missing, and instead we get The Traveller, a Uriah Heep-ish piece which seems to have been abandoned as being more in keeping with their debut album's sound than Mirage's. In terms of sound quality, the demo is top notch, and captures the band's musical growth since they recorded their self-titled album marvellously, forming a hitherto-missing link between that and Mirage.

As for the live material, this is largely a mixture of BBC sessions and material released elsewhere, though there are enhancements and additions here and there. Early live performances include the take on God of Light Revisited originally recorded for the Greasy Truckers - Live At Dingwalls Dance Hall release, a funky, Santana-influenced piece. Again, this has been fairly widely repackaged as a bonus track on some issue or other over the years.

BBC sessions here include a June 1974 recording showcasing the band fresh from the release of Mirage, a more expansive 1975 offering giving extensive extracts from The Snow Goose (with the band on excellent form and proving they didn't need the orchestra to evoken the album's magic live), their excellent appearance on The Old Grey Whistle Test, and a 1977 Sight and Sound In Concert appearance from the Rain Dances lineup primarily focused on that album but also including great takes on Snow Goose material, Never Let Go from the debut, and an absolutely stellar take on Lunar Sea from Moonmadness. Much of this material has shown up as bonus tracks or on bootlegs over the years, but it's nice to get it in fairly definitive versions here.

Rather than presenting A Live Record in either its original or expanded configurations, the box instead offers the complete original live recordings from the different shows which made up that release. This includes a full set from the Marquee Club in October 1974, in which the band both burn through excellent renditions of Mirage-era material and road test compositions which would later make it onto The Snow Goose. The sound quality on this is remarkably good - perhaps the best of any of the pre-Goose live offerings here - and it's interesting how the Snow Goose compositions differ to account for the lack of an orchestra in tow.

Naturally, there's also the Royal Albert Hall full performance of The Snow Goose with orchestra from 1975, which would form the basis of the second disc of A Live Record; this is enhanced by an encore performance of Lady Fantasy, skillfully adapted to account for the orchestra.

We also get a full concert set from the Hammersmith Odeon in 1976; previously only smatterings of this had been borrowed for the extended CD version of A Live Record or on some reissues of Moonmadness, but having the full show to hand in its original running order is excellent. There's a few technical issues audible - notably some faint buzzing on a few tracks which could be down to the original tapes having an issue or might be indicative of some of the band's equipment having a bit of a moment, but this is a mild blemish easily overlooked, especially since some care seems to have been taken here to tidy up the lives tapes as best as possible.

This live set is especially valuable since it provides a final showcase for the original lineup of Camel - some would say the classic lineup - prior to personnel shifts and their Rain Dances-era drift into a Canterbury-influenced direction. You get Latimer, Ward, Ferguson, and Bardens at the absolute top of their game, with a setlist drawn from some of the greatest albums not just in the Camel discography but in the progressive rock pantheon as a whole, with the setlist finally presented on disc more or less as it was conceived to be delivered onstage; when you think about it, that's absolutely fantastic.

The band return to the Odeon in 1977 for a barnstorming set which, along with some stray tracks from other venues rounding off the Live Record material. The 1977 Odeon show is the fullest document of the Rain Dances lineup live on this set, and it's absolutely superb. Between that and the tracks from Bristol and Leeds, the Rain Dances period ends up being the era of the band that's perhaps best-represented by live material here (with The Snow Goose period a close second).

Other live material in the collection includes a tightened-up reissue of the BBC session previously released as On the Road 1981 (including two tracks - Summer Lightning and Ice - not included on previous releases of the BBC session) and, lastly, a remaster of Pressure Points.

Most prog fans will have at least some of the material here - though the new mixes of Camel, Mirage, The Snow Goose, Moonmadness, and Nude are good enough to be worth dipping into (and the previous mixes are also presented so you can judge which you prefer) - but even Camel fanatics probably won't have all of it. If you've got significant gaps to fill in your Camel collection - or if the prospect of all those live goodies have you salivating - it's highly worthwhile, offering the lion's share of their output in one package.

Warthur

CD 13 - Rain Dances live:
Live At The Colston Hall, Bristol 2nd October 1977:
1. Never Let Go

BBC In Concert - Golders Green Hippodrome, 29th September 1977:
2. First Light
3. Metrognome
4. Unevensong
5. Rhayader / Rhayader Goes To Town
6. Skylines
7. Highways Of The Sun
8. Lunar Sea
9. Rain Dances
10. Never Let Go
11. One Of These Days I'll Get An Early Night

Andy Latimer - guitar, flute, vocals
- see Camel 1973-1984 line-ups

https://www.youtube.com/watch?v=yT07lhGikUA
9
Zespoły / COLOSSEUM - TRANSMISSIONS: LIVE AT THE BBC (2020) [CD3]
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Czerwiec 10, 2024, 15:33:54  »
COLOSSEUM - TRANSMISSIONS: LIVE AT THE BBC (2020) [CD3]

Pierwsze w pełni autoryzowane wydawnictwo, składające się z ponad 60 zremasterowanych nagrań z występów dla BBC, z lat 1969-1971. Wiele wcześniej niepublikowanych.
Dodatkowo 44-stronicowy booklet ze zdjęciami i wywiadami z byłymi członkami zespołu oraz wprowadzeniem autorstwa Pete'a Browna.

CD 3:
John Peel's Sunday Concert, 8 March 1970
1. Lost Angeles   10:51
2. Interview: John Peel And Jon Hiseman
3. Downhill And Shadows   15:17
4. Announcement John Peel
5. Theme For An Imaginary Western   5:26
6. Announcement: John Peel   0:47
7. The Machine Demands A Sacrifice   13:33
8. Announcement: John Peel
9. Walking In The Park

Sounds Of The 70s, 7 April 1970
10. Bring Out Your Dead   4:31
11. Time Lament   6:21
12. Daughter Of Time   8:16

https://www.youtube.com/watch?v=XY2RYm4Tqwc
10
Muzycy / Mike Rutheford - Smallcreep's Day (1980)
« Ostatnia wiadomość wysłana przez Techminator dnia Czerwiec 08, 2024, 17:51:28  »
Mike Rutheford - Smallcreep's Day (1980)

Mike Rutherford, właśc. Michael John Cleote Crawford Rutherford (ur. 2 października 1950 w Guildford) to angielski gitarzysta i basista rockowy, znany z występów w progresywnej grupie Genesis oraz popowej grupie Mike and the Mechanics. W 1984 założył istniejącą do 1987 grupę Red 7. Jest jednym z dwóch członków (obok Tony'ego Banksa) zespołu Genesis, którzy znajdują się w jego składzie nieprzerwanie od początku istnienia grupy. Początkowo pełnił głównie funkcję basisty i gitarzysty rytmicznego (na koncertach występował z charakterystycznym dwugryfowym instrumentem, łączącym gitarę basową i 12-strunową, co pozwalało na wykonywanie obu partii bez konieczności zmiany sprzętu), podczas gdy funkcję gitarzysty prowadzącego pełnił Steve Hackett. Oprócz tego używał również pedałów basowych, a w kilku utworach na początku lat 70. XX wieku grał partie na wiolonczeli. Wstawka zawiera pierwszy album solowy artysty.

Title: Smallcreep's Day

Artist: Mike Rutheford

Country: Wielka Brytania

Year: 1980

Genre: Rock

Format / Codec: MP3
Audio bitrate: 320 Kbps

..::TRACK-LIST::..

01. Between The Tick & The Tock
02. Working In Line
03. After Hours
04. Cats And Rats (In This Neighbourhood)
05. Smallcreep Alone
06. Out Into The Daylight
07. At The End Of The Day
08. Moonshine
09. Time And Time Again
10. Romani
11. Every Road
12. Overnight Job

https://youtu.be/mgtlGksDM_0
Strony: [1] 2 3 ... 10