Autor Wątek: Ketha  (Przeczytany 1234 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Techminator

  • Administrator
  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 718
    • Zobacz profil
Ketha
« dnia: Styczeń 23, 2023, 20:13:27 »
Ketha

25 minut instrumentalnego szaleństwa, zamkniętego w 4 odrębnych opowieściach!
W 'Magnaminus' słychać żal, gniew, niepokój, pogodzenie z losem, bunt, a nawet pytanie 'co dalej?'.

Zespół Ketha na polskiej scenie jawi się jako bardzo oryginalny projekt. Przez wieloletni okres swej działalności udowadniał słuchaczom, że potrafi zrobić niebanalną muzykę, jednocześnie poszerzając ramy różnych gartunków. Wraz z nową Epką, zatytułowaną Magnaminus, która będzie miała premierę 8 października bieżącego roku, Ketha kolejny raz staje do walki z granicami muzyki i barierami, zbudowanymi we własnych umysłach, by zrobić kolejny krok naprzód.

Magnaminus zawiera cztery kompozycje, które tym razem zostały pozbawione linii wokalnych (używając retoryki tytułów można napisać, iż są „no vocals”). Muzyka została pozbawiona znanej z wcześniejszych wydawnictw agresji, stała się bardziej transowa, co niewątpliwie zbliżyło ją do sceny post metalowej. Słychać delikatne wpływy Pelican, obowiązkowej progresji i może nawet industrialu, ponieważ Epka nafaszerowana jest dużą ilością sampli, szumów, klawiszy i deklamacyjnych wstawek. Nie da się ukryć, że materiał brzmi bardzo „na czasie”, miksując post metal z djentem. Może okazać się to dobrym wyjściem z nieco już ogranej szufladki progresywnego djentu. Ten krążek to po prostu coś więcej niż jeden, łatwy do nazwania gatunek.

Pomimo że materiał, tak jak wspomniałem, pozbawiony jest wokalu, wydaję mi się, że kompletnie go na tym albumie nie brakuje. Kompozycje są tak zaaranżowane, na tyle bogate w środki i emocje, że wokal odarłby je z unikalnego klimatu (co nie znaczy, że w przyszłości nie chciałbym powrotu wokalisty). Nie wiem też czy materiał utrzymany w takiej budowie mógłby mnie dostatecznie zainteresować przy pełno-czasowym albumie. Uważam ten „skok w bok” w postaci Ep za trafny.

Na pochwałę zasługuje również brzmienie. Zespół kolejny raz skorzystał z usług Piotra Łukaszewskiego i studia Custom 34. Efekt jest bardziej niż dobry. Utwory emanują przestrzenią, a dźwięk instrumentów jest dopracowany do perfekcji.

Ciekawi mnie już na tym etapie jakie będzie kolejne posunięcie Ketha. Dzięki Magnaminus zespół zrobił kolejny krok w górę po schodach własnego rozwoju, a pytaniem głównym jest – gdzie te schody prowadzą. Liczę, że do czołówki polskiej sceny metalowej. Ostatnimi czasy wytworzyła się spora nisza z miejscem na ambitniejsze granie i zdaje się Ketha zagnieździła się tam na dobre.

Brzeźnicki


"Na ten moment ostatnią rzeczą jaką chciałbym zrobić w przyszłości, to odgrzebać Ketha" - powiedział dla magazynu "Gitarzysta" Mr.Trip zaraz po wydaniu małego albumu "Magnaminus", który stał się zarazem zmierzchem krakowskiego Ketha.

To niesamowite, jak bardzo historia lubi się powtarzać. Podobną ścieżkę przeszedł przecież zespół Kobong, którym nomen omen Ketha się mocno inspirowała poszukując własnej drogi na poletku alternatywnego metalu. Kobong wydał dwa albumy, dziś uważane za kamienie milowe polskiej sceny wagi ciężkiej, a może nawet i głośnego grania na całym świecie. Tak samo jak Ketha cieszyli się estymą wśród krytyków muzycznych, wieszczono im międzynarodową karierę, tymczasem wobec braku odbiorcy band się rozpadł. Z czasem przede wszystkim debiutancki "Kobong" stał się białym krukiem, osiągał na aukcjach horrendalne sumy i dopiero wznowienie z roku 2018 przywróciło Kobong większej liczbie słuchaczy. Płyta schodzi jak ciepłe bułeczki, bo ludzie chcą na własnej skórze przekonać się o legendzie warszawskiego Kobong - zespołu, który o trzy miesiące wyprzedził rewolucję metalu przypisywaną dziś szwedzkiemu Meshuggah.

Czy i tak będzie z Ketha? Że przypomnimy sobie o tej grupie za jakieś dwadzieścia lat i będziemy próbowali wyhaczyć ich wydawnictwa po nie rujnującej domowego budżetu cenie na aukcjach internetowych? Nie wykluczone, więc może lepiej już dziś zakupić krążki Ketha, póki jeszcze band je sprzedaje.

Wybaczcie te dywagacje. Wróćmy do teraźniejszości i ostatniego aktu Ketha. "Magnaminus" to cztery instrumentalne utwory, łącznie 25 minut muzyki hipnotycznej, transowej i zatopionej w ponurych krajobrazach metalowej alternatywy, djentu oraz industrialu. Krążek jest zdecydowanie mniej agresywny niż poprzednie wydawnictwa, oparty bardziej na sekcji rytmicznej niż gitarach. Sporo tu też wtrętów elektronicznych, synthowych teł, samplowania, pogłosów, jest nawet fortepian czy pianino Rhodes. W otwierającym krążek "No Body" wpleciono wypowiedź amerykańskiego teologia Johna Shelby Sponga - zresztą takich wątków pozamuzycznych pojawi się tu jeszcze kilka budując "progresywny" charakter całości. Bardzo ciekawe rejony eksploruje "No Mind", bo z jednej strony mamy plemienne instrumentarium rytmiczne, z drugiej klasycyzujący fortepian, by zaraz uderzyć w tony gitarowo-elektroniczne z marszowym automatem perkusyjnym - przedziwna mieszanka różnych muzycznych stylów i kultur.

Szkoda, że Ketha ostatecznie zawiesiła działalności. Szalonych naukowców, wszelkiej maści eksperymentatorów i zespołów, które wymykają się gatunkowym szufladom nigdy dość. To przecież oni poszerzają muzyczne granice i rewolucjonizują brzmienia. Wydaje się, że obranie takiego kursu winno być w pełni świadome, a muzycy wybierający tę ciężką drogę powinni liczyć się z niezrozumieniem przez szersze grono słuchaczy. Taka domena awangardy. Ketha dłużej tego wózka ciągnąć nie chciała. Miejmy nadzieję, że w przyszłości jeszcze o tej grupie usłyszmy, nawet jeśli miałaby być to tylko retrospekcja i odświeżenie starego materiału.

Grzegorz Bryk


Dziś będzie słów kilka o materiale pożegnalnym. Krakowska Ketha kończy działalność i żegna się z fanami za pośrednictwem EPki „Magnaminus”.

Recenzję zacznę może od tego, że ostatni pełny materiał Ketha mi nie podszedł. Do „0 Hours Starlight” podchodziłem kilkakrotnie, ale nie udało mi się w tę płytę wniknąć na dłużej. Nie mam pojęcia czemu. Sam zachodzę w głowę, bo poprzednie dwa wydawnictwa mi się podobają. Szczególnie debiut. Wróćmy jednak do teraźniejszości. „Magnaminus” zaintrygował mnie do pierwszych sekund. Po pierwsze, dlatego, że jest to materiał instrumentalny. Jedyne ludzkie głosy na płycie to sample. Te cztery utwory na płycie stanowią pewien koncept, spójną całość. Zamysł przekazany za pomocą dźwięków. Trudno tylko powiedzieć, jakich dźwięków… Jest tu niemal wszystko do rocka i metalu po jazz, industrial, muzykę klasyczną folk czy etno… Ale najlepsze jest to, że to wszytko ma sens. Nie ma tu chaosu ani zamieszania, jaki mógłby być konsekwencją takiego nagromadzania elementów składowych. Te puzzle poukładane są tak, że tworzą logiczną całość i dają wiele przyjemności z odsłuchu. Co do poprzedniego wydawnictwa miałem pewnie zarzut: płyta była strasznie chaotyczna. Zapewne taka miała być, a ja z lenistwa nie poświeciłem jej wystarczająco uwagi. Tu mamy dużo więcej luzu, dużo więcej przestrzeni. Czasami mam wrażenie, że płyta nagrywana była na żywo, podczas jakiegoś spontanicznego spotkania muzyków, na którym postanowili sobie po prostu pograć muzykę. Muzykę bez żadnych ograniczeń, ram czy schematów. Po prostu muzykę. I taka jest ta płyta: jest to muzyka. Tyle i aż tyle. Uważam, że trzeba być wybitnym artystą, żeby stworzyć coś takiego.

Znakomite dzieło zafundowała nam Ketha. Pożegnać się z taką klasą to mało, kto potrafi. Życzę muzykom, żeby nie porzucili instrumentów i w innych kapelach przemycali nieco magii takiego grania.

Pathologist

1. no body   06:22
2. no heart   05:39
3. no mind   07:00
4. no soul   05:58

Bass - Michał Bartosik
Drums - Maciej Dzik
Guitar - Bartek Kaliszczak
Guitar, Synth, Piano, Producer [Produced By], Music By [All Music By] – MrTrip

https://www.youtube.com/watch?v=xamlFdfMMNM
Hasta la vista, baby!