Autor Wątek: GURU GURU - HINTEN (1971/2021)  (Przeczytany 1382 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Techminator

  • Administrator
  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 924
    • Zobacz profil
GURU GURU - HINTEN (1971/2021)
« dnia: Lipca 02, 2024, 21:40:54 »
GURU GURU - HINTEN (1971/2021)

Doskonały, drugi album zawierający tylko cztery utwory o bardzo luźnej formie, z mnóstwem ciężkich gitarowych improwizacji - oczywiście wszystko to w krautrockowym sosie.
Zremasterowana reedycja z 2021 roku, w digipaku.

Second album from this groundbreaking group, this album is almost better known for its buttocks artwork than the wild music on the vinyl. The almost instrumental trio (drummer Neumeier struts out some weird vocals once in a blue moon) is still just as crazy and free from all commercial considerations, and even if the music on the album has not aged well, the album's historical worth is certainly indisputable and the Konrad Plank production and its release on the legendary Ohr label adds even more to its legend .
This is more of a free jam with four tracks all around the 10min+ mark that have no real structure or constraint or restrictions (except the one of not having any ;-), so a good bunch of progheads will most likely frown at this album the ones that bookend it. But the double guru chose theirs and they clearly announce the colour by flashing their guitar power trio based on its ultimate form: the Jimi Hendrix Experience. But overall compared to their UFO debut album, this album is more structured (if you can call it that ;-), a tad less anarchic and a bit calmer. But don't be fooled: this still complete and utter chaos. YUMMMY!!!!!!!

Electric Junk (rather aptly titled is always on the verge of complete chaos while coming from pure mystic Hendrix-esque moments to a free jazz and utter spacey nightmares with feedbacks included. A pure joy to hear, if you ask me. And this apocalyptic atmosphere is only after the first track, and there are three left, so you'd better attach the safety belt and ask your buddies fasten the strap of your loony bin costume, cos you're in for a completely mind-boggling ride, starting with the meaningful Meaning Of Meaning. This 12-min freak out is probably one of the best examples to show what kind of freedom Guru Guru enjoyed during that blessed period of the very early 70's. with even less of a structure (if you except Mani Neumeier's incredible drum works) Genrish is free to go explore what good ol'Jimi was out to explore in some of his wildest jams.

On the next slice, the group visits another black guitar rock legend, Bo Diddley, and pay him an incredible tribute, even if I always wondered how the old master appreciated his works being trampled destroyed and rebuilt, not always successfully either, as this track is maybe the slightly weaker one, because there some evident lengths. The closing Spaceships starts out understandably on spacey sounds, which can be closer to Popol Vuh's Affenstunde or TD's Zeit period, even if they remained the guitar trio without synths or other keyboards. Rather impressive, slightly fascinating but definitely not for the faint-hearted.

Yes this album is clearly indebted to the great Jimi, but it is also a bit more than a glaring and blatant copy. One of those absolute statement on musical freedom, this is the type of album that had most parents and grandparents heaving in anguish for their offspring's sanity. And little did they know that they were fully right to be concerned, because no kid listening to this album would come out fully unscathed. All hail to the double Guru.

Drugi album tej przełomowej grupy. Album ten jest prawie bardziej znany ze swojej grafiki przedstawiającej pośladki niż z dzikiej muzyki na winylu. Prawie instrumentalne trio (perkusista Neumeier raz na jakiś czas odzywa się dziwnym wokalem) jest wciąż tak samo szalone i wolne od wszelkich komercyjnych względów, i nawet jeśli muzyka na albumie nie zestarzała się zbytnio, historyczna wartość albumu jest z pewnością niepodważalna a produkcja Konrada Planka i jej wydanie w legendarnej wytwórni Ohr jeszcze bardziej pogłębia jego legendę.
To raczej darmowy jam z czterema utworami trwającymi około 10 minut i nie mającymi żadnej prawdziwej struktury ani ograniczeń ani ograniczeń (z wyjątkiem jednego, który ich nie ma ;-), więc spora grupa progheadów najprawdopodobniej będzie patrzeć na ten album z dezaprobatą te, które to rezerwują. Ale podwójny guru wybrał swój i wyraźnie ogłaszają kolor, flashując swoje gitarowe trio w oparciu o jego ostateczną formę: Jimi Hendrix Experience. Ale ogólnie w porównaniu do debiutanckiego albumu UFO, ten album jest bardziej uporządkowany (jeśli można to tak nazwać ;-), odrobinę mniej anarchiczny i nieco spokojniejszy. Ale nie dajcie się zwieść: to wciąż kompletny i całkowity chaos. Mniam!!!!!!

Electric Junk (dość trafnie zatytułowany jest zawsze na skraju całkowitego chaosu, przechodząc od czystych mistycznych momentów w stylu Hendrixa do free jazzu i całkowicie kosmicznych koszmarów z wliczonym w cenę sprzężeniem zwrotnym. Czysta radość słuchania, jeśli mnie pytasz. I ta apokaliptyczna atmosfera dopiero po pierwszym utworze, a zostały jeszcze trzy, więc lepiej zapnij pasy i poproś kumpli o zapięcie paska kostiumu wariata, bo czeka cię zupełnie oszałamiająca przejażdżka, zaczynając od znaczące znaczenie znaczenia. To 12-minutowe szaleństwo jest prawdopodobnie jednym z najlepszych przykładów pokazujących, jakim rodzajem wolności cieszył się Guru Guru w tym błogosławionym okresie wczesnych lat 70-tych, mając jeszcze mniejszą strukturę (jeśli nie liczyć Mani Neumeiera niesamowita praca perkusji) Genrish może swobodnie odkrywać, co dobrego starego Jimiego odkrywał podczas niektórych swoich najdzikszych występów.

W następnym fragmencie grupa odwiedza inną legendę czarnego gitarowego rocka, Bo Diddleya, i składa mu niesamowity hołd, chociaż zawsze zastanawiałem się, jak stary mistrz doceniał to, że jego dzieła zostały zdeptane, zniszczone i odbudowane, co również nie zawsze przebiegało z sukcesem, jak w przypadku tego utworu jest może nieco słabszy, bo widać tam wyraźniejsze długości. Zamykający album Spaceships rozpoczyna się, co zrozumiałe, kosmicznymi dźwiękami, które mogą być bliższe okresowi Affenstunde Popol Vuh czy Zeit TD, nawet jeśli pozostały one gitarowym trio bez syntezatorów i innych klawiszy. Raczej imponujące, nieco fascynujące, ale zdecydowanie nie dla osób o słabych nerwach.

Tak, ten album wyraźnie zawdzięcza wielkiemu Jimiemu, ale jest też czymś więcej niż rażącą i rażącą kopią. Jedno z tych absolutnych stwierdzeń na temat wolności muzycznej. Jest to rodzaj albumu, który wywołał u większości rodziców i dziadków niepokój o zdrowie psychiczne ich potomstwa. I nie zdawali sobie sprawy, że mieli pełne prawo się martwić, ponieważ żadne dziecko słuchające tego albumu nie wyszłoby całkowicie bez szwanku. Pozdrawiam podwójnego Guru.

Sean Trane

Guru Guru. I LOVE Guru Guru. I'm probably not the right person to refer to, but most of their albums I would rate as 4's or 5's. This one is a 4.5 coz the next one is better. Hinten may not offer anything revolutionary, but their passion and vibrant energy levels surpasses that of many other bands. I'm not a fan of Hendrix, I couldn't even hum any tune by him (banished.... oh, maybe 'Are You Experienced ? - but that's thanks to the Magic Mushroom Band's cover of it ) but if any Hendrix is like this, I'd like to know, as JH is often cited as a reference point for this model Guru Guru. From the opening blast of 'Electric Junk' (10.58), the musicians waste not a second ; abrasive guitaring and heavy drumming instantly smashing your ears like a jack-hammer to a sidewalk - from this cacophonous intro the main riff kicks in (yes, Hinten is more riff laden than their debut, U.F.O.) with a rockabilly guitar on crystal, relentless in execution and complimented with Mani's incredibly creative and meticulous drum-work - even though their music is highly improvised, it's as if every part of the drum-kit he hits was carefully planned in advance. Bassist Uli Trepte underpins this madness with solid grooves, simple maybe, but methinks his Bass is the anchor for all the percussion and guitar histrionics. There are no keyboards, but there is an interlude that must've been snatched from a galaxy far, far away because it's really 'out there'. Who needs drugs when we have Guru Guru ??? The last section of this piece jams out with guitarist Ax Genrich sounding like he's been doused in fuel and set alight, Mani's rumbling, double-kick drumming powerful enough the crack the foundations of your humble abode, and Uli's orange Fender P-Bass keeping it all together. Great stuff to crank up first thing in the morning !! Similar descriptions can be applicable for the remaining 3 tunes as well, as Ax, Mani and Uli jumped on this formula of shredding, lysergically aided jams and got away with it. They refined this approach for the masterpiece album 'Kanguru'. James Blunt, anyone ??? - Didn't think so...

Guru Guru. KOCHAM Guru Guru. Prawdopodobnie nie jestem odpowiednią osobą, do której można się odnieść, ale większość ich albumów oceniłbym na 4 lub 5. Ten ma ocenę 4,5, bo następny jest lepszy. Hinten może nie oferuje niczego rewolucyjnego, ale ich pasja i żywy poziom energii przewyższają wiele innych zespołów. Nie jestem fanem Hendrixa, nie mogłem nawet zanucić żadnej jego piosenki (wygnany… och, może „Are You Experienced?” – ale to dzięki coverowi Magic Mushroom Band), ale jeśli w ogóle Hendrix chciałbym wiedzieć, jak to jest, ponieważ JH jest często cytowany jako punkt odniesienia dla tego modelu Guru Guru. Od początkowego wybuchu „Electric Junk” (10.58) muzycy nie marnują ani sekundy; szorstka gitara i ciężka perkusja natychmiast rozbijają uszy niczym młot pneumatyczny o chodnik – od tego kakofonicznego intro rozpoczyna się główny riff (tak, Hinten jest bardziej obciążony riffami niż ich debiut, U.F.O.) z rockabilly gitarą na kryształach, nieubłaganą w wykonanie i dopełnieniem niezwykle kreatywnej i skrupulatnej gry Mani na perkusji – mimo że ich muzyka jest w dużym stopniu improwizowana, sprawia to wrażenie, jakby każda część zestawu perkusyjnego, w który uderza, była starannie zaplanowana z wyprzedzeniem. Basista Uli Trepte podbudowuje to szaleństwo solidnymi rytmami, może prostymi, ale wydaje mi się, że jego bas jest kotwicą całej teatralności perkusji i gitary. Nie ma tu klawiszy, ale jest przerywnik, który musiał zostać zabrany z odległej galaktyki, bo naprawdę „tam” jest. Komu potrzebne narkotyki, skoro mamy Guru Guru ??? W ostatniej części tego utworu gitarzysta Axe Genrich brzmi, jakby oblano go benzyną i podpalono, dudnienie Maniego z podwójną stopą na perkusji jest wystarczająco mocne, aby złamać fundamenty twojego skromnego mieszkania, a pomarańczowy Fender P-Bass Uli go utrzymuje wszyscy razem. Świetny materiał na rozkręcenie się z samego rana!! Podobne opisy można zastosować również do pozostałych 3 utworów, ponieważ Axe, Mani i Uli wskoczyli na tę formułę rozdrabniania, dżemów wspomaganych lizergicznie i uszło im to na sucho. Udoskonalili to podejście na potrzeby arcydziełowego albumu „Kanguru”. James Blunt, ktoś??? - Nie myślałem...

Tom Ozric

..::TRACK-LIST::..

1. Electric Junk 10:58
2. The Meaning Of Meaning 12:09
3. Bo Diddley 9:56
4. Space Ship 11:05

..::OBSADA::..

Ax Genrich - guitar, vocals
Uli Trepte - bass, Fx, vocals
Mani Neumeier - electric drums, cymbal, gong, kalimba, Fx, vocals

https://www.youtube.com/watch?v=DrpWBvIpvmM
Hasta la vista, baby!