Autor Wątek: CAN - TAGO MAGO (1971/2007)  (Przeczytany 106 razy)

0 użytkowników i 1 Gość przegląda ten wątek.

Techminator

  • Administrator
  • Ekspert
  • *****
  • Wiadomości: 788
    • Zobacz profil
CAN - TAGO MAGO (1971/2007)
« dnia: Lipiec 07, 2024, 12:47:18 »
CAN - TAGO MAGO (1971/2007)

Wyspa Tago Mago to mały prywatny kawałek ziemi o łącznej powierzchni 148 akrów (ok. 60 hektarów) z latarnią morską i idyllicznymi widokami na Morze Śródziemne leżąca jedną milę od północno-zachodniego krańca Ibizy. Na wyspie znajduje się wspaniała luksusowa willa z pięcioma sypialniami, basenem, salą fitness, jacuzzi. Wszystko to może twoje przez tydzień za 90 000 euro (cena wyjściowa). Dostępny jest też jacht, za który płaci się ekstra. Nie mam nic przeciwko takiej cenie . Gdybym miał nadmiar pieniędzy to kto wie..? Tyle, że Tago Mago to ja już mam i to na własność od dobrych kilku lat. I kosztowała mnie ona duuużo mniej – niecałe 10 euro. Mowa o płycie zespołu Can, która wydana w 1971 roku została tak właśnie zatytułowana. Oto historia jej powstania.

Jeśli komuś zdarzy się odwiedzić Rock’N’Pop Museum w niemieckim Gronau koniecznie niech zajrzy do jego piwnicy, gdzie znajduje się replikę studia zespołu Can zbudowanego w Kolonii. W tym studio w latach 1971-1978 zespół nagrał osiem albumów. Ale jego historia zaczęła się tak naprawdę w innym miejscu, 200 km na południe od Kolonii, w Schloss Nörvenich, zamku z historią sięgającą XV wieku. Przez setki lat należał do bogatych rodów i arystokratów. Dopiero po II wojnie światowej został wydzierżawiony kolekcjonerowi dzieł sztuki Christophowi Vohwinkelowi. Klawiszowiec grupy, Irmin Schmidt wspomina; „Przed przyjściem do zespołu miałem więcej przyjaciół wśród malarzy i rzeźbiarzy niż muzyków. Kiedy zaczynałem z Can, zapytałem ich: „Znacie jakieś miejsce, w którym moglibyśmy ćwiczyć i grać?” Wtedy Vohwinkel, powiedział: „Tak! Mam zamek i możecie w nim zamieszkać”. Był wspaniałym, otwartym człowiekiem. Po wernisażach zapraszał gości i artystów do sali, gdzie odbywaliśmy próby.”

Dla muzyków, którym we wczesnych latach działalności stale brakowało dochodów był to idealny układ. Poza tym bardzo niewiele zespołów miało wówczas własne studio nagraniowe, a Can wykorzystał je najlepiej jak mógł nagrywając długie jamowe sesje ciągnące się czasem szesnaście godzin! Część z nich „filtrowana” przez basistę Holgera Czukaya znalazła się potem na „Tago Mago”. Była to technika podobna do tej jaką na przełomie lat 60 i 70-tych stosował producent nagrań Milesa Davisa, Teo Macero. Aby pozbyć się pogłosu i echa w wielkiej komnacie, z kartonów po jajkach, z materacy i koców stworzyli komfortowe miejsce prób zwane Wewnętrzną Przestrzenią. Niski budżet pozwalał im na posiadanie skromnego, 2-ścieżkowego magnetofonu, na którym nagrali swoje pierwsze albumy z „Tago Mago” włącznie. Gitarzysta Michael Karoli uważa, że „(…) ograniczenia to najbardziej kreatywna rzecz. To przez nią powstała tak mocna płyta jak ta”.

Podwójny album „Tago Mago” jest postrzegany jako przełomowa, głęboko niekonwencjonalna płyta, oparta na intensywnie rytmicznej, inspirowanej jazzem, grze na perkusji przypominającą mantrę, improwizowanych, często przeplatających się ze sobą solówkach gitarowych i klawiszowych, oraz charakterystycznych wokali Damo Suzuki, których tak naprawdę nikt nie rozumie (i to na wiele lat przed Cocteau Twins). Czukay: „”Tago Mago” było próbą osiągnięcia tajemniczego muzycznego świata. Od światła do ciemności. I z powrotem.” Trudna to płyta w odbiorze, ale jakże fascynująca. Płyta, w której bez reszty można się zatracić.

Każdy z członków Can ma ciekawą osobistą historię z okresu przed dołączeniem do zespołu, ale historia Damo Suzuki jest naprawdę wyjątkowa. Opuszczając rodzinną Japonię w 1968 roku w wieku 18 lat wylądował w Europie zarabiając na życie śpiewając na ulicach. Podróżował po Szwecji, Danii, Francji, Anglii, Irlandii, wreszcie los rzucił go do Monachium. Przez przypadek (po części dzięki swoim pięknym, długim włosom) dostał pracę w teatrze biorąc udział w niemieckiej produkcji musicalu „Hair”.

W 1970 roku, gdy wokalista Malcolm Mooney opuścił zespół, Holger Czukay i Jaki Liebezeit siedząc w monachijskiej kawiarni zauważyli egzotycznie wyglądającego włóczęgę śpiewającego popularne piosenki w dość oryginalnym stylu łatwo przechodząc między tajemniczym mamrotaniem, a krzykiem. Czukay natychmiast powiedział: „To będzie nasz nowy wokalista” i namówił go by przyłączył się do zespołu w trakcie wieczornego koncertu. Irmin Schmidt: „Na występ przyszło 1200 osób. Gdy Damo zaczął agresywnie śpiewać swoje wokalizy ludzie w popłochu opuszczali lokal. Na koniec zostało może ze 30 osób, wśród nich David Niven (brytyjski aktor – przyp. moja). Potem zapytałem go „Panie Niven, co pan sądzi o naszej muzyce?” A on odpowiedział: „Drogi chłopcze, nie wiedziałem, że to muzyka. Ale było to fascynujące”.

Kiedy słucham muzyki Can z miejsca przyciąga mnie natarczywy rytm perkusji. Na początku brzmiący monotonnie, ale przy uważnym słuchaniu okazuje się, że on ciągle się zmienia! Magia..? Nie inaczej. Szczególnie, gdy posłucha się epickiego „Halleluwah”, Siłą napędową tego genialnego, 18-minutowego arcydzieła zajmującego całą stronę „B” oryginalnego albumu jest bębnienie Jakiego Liebezeita, którego koledzy pieszczotliwie nazywali „pół człowiek, pół maszyna”. Gitarzysta Michael Karoli: „Wcześniej nie do końca go rozumiałem. Dopiero podczas nagrywania „Halleluwah” olśnił mnie jego geniusz, a także wpływ jaki wywołuje jego gra na ośrodki asocjacyjne w mózgu. Ktoś powie „Przecież to tylko zestaw bębnów. Nic wielkiego” Ale uwierzcie mi – za jego plecami stoją niebiańskie moce.”

Kolejnym epickim utworem jest „Aumgn”. Tutaj wkraczamy już w skrajne zakątki muzyki elektronicznej, więc dobrze radzę – bądźmy czujni i skupieni. Tu nie ma krzty muzycznej słabizny, lecz 17 minut efektów dźwiękowych i przerażającego śpiewu. Zespół nie ukrywał, że podczas tworzenia włożono w niego sporo pracy montażowej sklejając fragmenty taśm z niepowiązanymi ze sobą nagraniami w jedną całość. Holger Czukay miał obsesję nagrywania wszystkiego, co zespół grał, nawet jeśli generowane dźwięki były wynikiem strojenia instrumentów, czy przypadkowych ćwiczeń dla zabicia czasu między jamami. Irmin Schmidt: „Koncepcja była inna, ale zaakceptowaliśmy pomysł, być może pod wpływem Cage’a, że ​​każdy dźwięk otoczenia może zostać przekształcony w muzykę”. Skrupulatna praca jaka spadła na barki basisty została wykonana z jubilerską precyzją – Czukay utkał z tego wspaniały gobelin muzyczny. Schmidt: „Był mistrzem w znajdowaniu milisekundy, by wcisnąć tam żyletkę. On decydował gdzie wyciąć, co zostawić, jakie elementy połączyć. Był znakomitym basistą, ale też architektem montażu”.

Mówi się o nim, że to krautrockowy wizjoner. Zanim wynaleziono samplery był jednym z ich pionierów. Ponoć nigdy nie fascynował się rock and rollem, za to dużo słuchał muzyki klasycznej i jazzu. Pociągała go awangarda, był uczniem samego Stockhausena. Punktem zwrotnym w jego życiu okazała się jedna z lekcji muzyki, którą prowadził w szkole w St. Gallen w Szwajcarii. Jeden z uczniów puścił mu „I Am The Walrus” Beatlesów. Holger doznał olśnienia i stwierdził, że trzeba założyć zespół. Fundamentem brzmienia grupy były dwa składniki: monotonne rytmy Liebezeita i pulsujący bas Czukaya. „Basista jest jak król w szachach”, zwykł mawiać. „Nie rusza się zbyt często, ale kiedy to robi, wszystko zmienia.” Trzeba przyznać, że w owym czasie tworzyli jedną z najbardziej charakterystycznych rockowych sekcji rytmicznych.

Drugi utwór na płycie, „Mushroom”, rozpoczyna się wokalem i perkusją skąpaną w efekcie echa, coś w rodzaju bardzo wczesnego eksperymentu z dubem, a frazowanie linii wokalnej śpiewanej przez Damo Suzuki było inspirowane utworem legendy jazzu, Bixa Beiderbecke „In A Misty” z 1927 roku. Wszystko to wymagało sporej dozy muzycznej wyobraźni, której de facto im nie brakowało. Z kolei hipnotyczny perkusyjny groove w „Oh Yeh”, który prowokuje zmysłowością sprawia, że ​​idealnie nadaje się on na domowe imprezy, I odwrotnie, podczas nocnej przejażdżki można całkowicie zatracić się w muzyce, której towarzyszą jedynie świecące latarnie uliczne i nocna atmosfera. Śmiało można więc powiedzieć, że na „Tago Mago” muzyka jest cholernie fajna.

Po zakończeniu nagrywania albumu zespół zdał sobie sprawę, że materiału wystarczy na dwie płyty. Jednak obawiali się, że to co znalazłoby się na drugim krążku byłoby zbyt awangardowe dla przeciętnego słuchacza. Inaczej myślała żona Irmina Schmidta, Wildegarda, sprawująca wówczas kierownictwo nad zespołem. Irmin Schmidt: „Mieliśmy trzy utwory po jednej stronie, a „Halleluwah” wypełniało całą drugą. Nie uważaliśmy reszty za część albumu. Hildegarda, która namiętnie tego słuchała uparła się, że ​​to musi być podwójny longplay.” Dość odważna decyzja jak na menedżera, który rozważa dodanie do albumu utworu takiego jak „Aumgn”. Jak się okazało miała nie tylko dobry gust, ale także nos do interesów.

Na zakończenie słów kilka o okładce. Zaprojektował ją niemiecki grafik Ulrich Eichberger, który tworzył okładki m.in. dla Ennio Morricone i Jean-Luca Ponty’ego. Eichberger doskonale uchwycił psychodelicznego ducha muzyki Can ilustrując ją wnętrzem głowy z mózgiem i dymkiem wydobywającym się z ust. Jeśli rozłożyć okładkę oryginalnego longplaya otrzymamy lustrzane odbicie głowy w innym kolorze. Ponadto w środku znalazły się dwadzieścia cztery małe zdjęcia członków zespołu zrobione podczas trasy koncertowej.

„Tago Mago” było pionierską płytą i pozostaje czarującym doświadczeniem. Przez wszystkie lata muzyki inspirowanej krautrockiem nic nie brzmiało tak jak ona. Muszę przyznać, że do pierwszej płyty wracam znacznie częściej niż do drugiej, ale czasami miło jest zatracić się w nieodpartych rytmach bez konieczności poświęcania swojej duszy demonom. To może być magiczna przejażdżka, która zaowocuje oświeceniem zmieniającym życie, lub najgorsza podróż, jaką kiedykolwiek miałeś. Myślę, że warto podjąć ryzyko i udać się razem z zespołem w tę muzyczną podróż.

Zibi

Muzycy Can na swoim drugim pełnoprawnym albumie poszli na całość "Tago Mago" to jeden z najbardziej porąbanych, dziwacznych, nieprzewidywalnych i oryginalnych albumów, jakie kiedykolwiek się ukazały. Czerpiący inspiracje z poważnej awangardy, jazzu i środków odurzających. Ćpuńska atmosfera unosi się nad całością tego dwupłytowego - w wersji winylowej - wydawnictwa. Zarówno nad jego pierwszą połową (płytą), wypełnioną szalonymi jamami opartymi na hipnotycznych rytmach, jak i drugą, jeszcze bardziej odjechaną, na którą składają się głównie studyjne eksperymenty, maksymalnie wykorzystujące ówczesne możliwości i dostępne techniki obróbki dźwięku.

Zespół dość delikatnie i powoli wprowadza w ten zwariowany materiał. Otwierający całość "Paperhouse" poza dość nerwowym nastrojem i wokalno-instrumentalnymi udziwnieniami zawiera też wcale nie śladowe ilości wyrazistej, przyjemnej melodii. Ale już w "Mushroom" atmosfera wyraźnie gęstnieje. Na pierwszy plan wysunięta zostaje mechaniczna partia perkusisty Jakiego Liebezeita oraz zwariowany wokal Damo Suzukiego, przechodzący od beznamiętnego, zjaranego głosu do obłąkańczych wrzasków. Jeszcze bardziej psychodeliczno-onirycznie robi się w "Oh Yeah", opartym na transowym rytmie, wzbogaconym elektronicznymi szumami, atonalną gitarą i dziwacznym, przetworzonym efektami wokalem. Zespół doprowadza tego typu granie do perfekcji w wypełniającym całą drugą stronę pierwszej płyty, 18-minutowym "Halleluhwah". To rewelacyjny jam, oparty na hipnotyzującym jednostajnym rytmie, z funkowymi partiami basu Holgera Czukaya, wychodzącymi daleko poza rockową estetykę improwizacjami gitarzysty Michaela Karoliego i klawiszowca Irmina Schimidta, oraz dość konwencjonalnym śpiewem Damo. Utwór wywołuje, zwłaszcza w warstwie rytmicznej, silne skojarzenia z ówczesnymi poczynaniami Herbiego Hancocka i Milesa Davisa.

Niemal równie długi, samodzielnie wypełniający pierwszą stronę drugiej płyty "Aumgn" prezentuje zupełnie inne podejście - to przedziwny dźwiękowy kolaż, pełen szumów, sprzężeń, atonalnych partii instrumentów i wokalnego zawodzenia (wyjątkowo w wykonaniu Schmidta), za to przez większość czasu całkowicie pozbawiony rytmu; dopiero w końcówce pojawia się długie perkusyjne solo Liebezeita, grającego w typowy dla niego sposób, a więc z precyzją metronomu. To nagranie to już awangarda na całego, wyraźnie inspirowana twórczością Karlheinza Stockhausena (u którego studiowali Czukay i Schmidt). Kiedy wydaje się, że zespół nie zaproponuje już nic bardziej radykalnego, rozbrzmiewa "Peking O". W miarę melodyjne fragmenty (inspirowane chińską melodyką) i jazzujące partie elektrycznego pianina przeplatają się tutaj z kompletnym wariactwem - nieokiełznanymi partiami wokalnymi Suzukiego i instrumentalnym chaosem, pełnym szumów i sprzężeń; pod koniec wraca transowość pierwszej płyty. Ale całość zamyka w miarę konwencjonalny - a przynajmniej sprawiający takie wrażenie na tle poprzednich utworów - "Bring Me Coffee or Tea". Tak mogłyby brzmieć rockowe ballady, gdyby były nagrywane na haju. To najbardziej melodyjny fragment longplaya, choć podobnie jak pozostałe zanurzony w gęstym onirycznym klimacie.

"Tago Mago" to prawdziwie wizjonerski album, który swego czasu znacznie rozszerzył ramy muzyki rockowej, a jego wpływ na późniejszych twórców jest nie do przecenienia, zaczynając od post-punku i noise rocka, na późnym Radiohead wcale nie kończąc. Dlatego nie wypada nie znać tego albumu. Nie jest to muzyka przystępna i łatwa do zrozumienia, ale warto próbować, a zachwyt innowacyjnością i pomysłowością muzyków prędzej czy później sam nadejdzie. Mimo wszystko, sam nie jestem w pełni przekonany do dwóch najbardziej radykalnych nagrań. Doceniam je za bezkompromisowość i inspirację muzyką z wyższej półki, ale jednak słuchanie ich nieco mnie męczy. W przeciwieństwie do hipnotyzującej, innowacyjnej reszty, od której trudno się oderwać.

Paweł Pałasz

To, zdaniem samych muzyków Can, druga płyta w ich dorobku (składankowy „Soundtracks” traktowany jest przez nich jako pozycja uboczna) i zarazem pełnowymiarowy debiut Damo Suzukiego jako wokalisty.

W oryginale to dwie czarne płyty, całość bez problemu mieści się jednak na jednej srebrnej płytce. Choć Can – przynajmniej w pierwszym okresie działalności – z wielu przyczyn trudno traktować jako zwykły zespół, a ich muzykę określać mianem „zwykłej” czy „normalnej” – na tym, najlepszym w swym dorobku albumie muzycy Can całkowicie zrywają z jakimikolwiek regułami i schematami, jakimi rządzi się muzyka popularna. „Tago Mago” to niesamowita podróż w dźwiękowe nieznane. Jest tu chyba wszystko. Kontrasty, zmiany nastrojów, maniakalne rytmy i długie chwile amorficznego, pozbawionego rytmu dźwiękowego spokoju, śpiew, zawodzenie, recytacje i wrzask, rock, psychodelia, studyjne eksperymenty z obróbką dźwięku i łączeniem zupełnie różnych elementów na zasadzie swobodnego kolażu, partie instrumentalne (zwłaszcza gitary) często wychodzące poza granice systemu tonalnego, awangardowa muzyka poważna i jazz…

Pierwsza z dwóch czarnych płyt opiera się na bardziej zrytmizowanych kompozycjach; drugi album z kolei zawiera długie chwile pozbawione rytmu, jakby zapowiadające muzykę ambient. “Paperhouse” zaczyna się wręcz balladowo – spokojny śpiew, łagodna partia gitarowa – ale po paru minutach rytm nagle przyspiesza, staje się wręcz transowy, Karoli zaczyna grać bardziej ekspresyjnie. Na koniec wszystko znów się uspokaja, pojawia się ładna partia gitarowa. Zgodnie z tytułem, „Mushroom” robi bardzo zaćpane wrażenie: jednostajny, gęsty rytm perkusji, atonalne gitarowe dodatki, śpiew Suzukiego – a właściwie natchniona, hipnotyczna melorecytacja – rozpięty między szeptem, zawodzeniem a krzykiem… Zupełnie psychodeliczne wrażenie robi „Oh Yeah” – niby zgrabnie, rytmicznie pędzi toto do przodu, ma specyficzne, repetycyjne groove, ale od czasu do czasu nagle pojawiają się intrygujące pauzy, do tego Czukay pododawał sporo studyjnych zabiegów typu odtwarzanie taśmy od tyłu (choćby brzmienie talerzy perkusyjnych), czy rozmaite nakładane na muzykę i śpiew efekty. „Halleluhwah” to z kolei 18 minut Can w pigułce: monotonny, nieco funkujący, hipnotyczny rytm, podawany w ten charakterystyczny, „płynący” – trudno to inaczej określić – sposób przez Liebezeita, maniakalny śpiew rozpięty między nuceniem, szeptem a wręcz skowytem, syntezatorowe odjazdy, wyraźna linia basowa, atonalne gitary… „Aumgn” to już kompletny odjazd: klawiszowe, „przelewające się”, ambientowe tło, gitarowe linie, nawiedzona recytacja Schmidta, różne dziwne perkusjonalia, kontrabasowe odloty… „Peking O” to z kolei masa studyjnych szaleństw (partie perkusji obrobione i skrajnie przyspieszone, przypominające terkot jakiejś maszynerii, nawiedzone wokalizy Suzukiego, organy, jazzujący fortepian, elementy muzyki dalekowschodniej, fortepianowe klastery…) Na sam koniec mamy nieco bardziej zwięzłą, zagraną z lekkim przymrużeniem oka, „Bring Me Coffee Of Tea”.

Trudna w odbiorze to płyta. Ale przy bliższym poznaniu – fascynująca. Świadectwo eksperymentalnej swobody, jaką cieszył się rock na początku lat 70., podpartej solidnym muzycznym wykształceniem. Zarazem jedna z najbardziej nowatorskich, eksperymentalnych płyt w historii – obok floydowskiej „Ummagummy”, wczesnych dokonań King Crimson i „Strange Is This World” oraz „Marionetek” Czesława Niemena, jak również źródło inspiracji choćby dla wielu grup shoegaze’owych lat 80. i 90.

Piotr 'Strzyż' Strzyżowski

Tago Mago, the first album with Damo Suzuki on vocals, features the Can line up of Holger Czukay on bass, Michael Karoli on guitars, Jaki Liebezeit on drums and Irmin Schmidt on keyboards, and was recorded at Schloss Nörvenich in 1971, released later that year on United Artists.

Can’s influence is well known and far-reaching and the impact they made on music is felt today as keenly as ever has been. They themselves have always been impossible to classify and reflecting this, the scope of artists who in recent years have cited Can as a major influence is varied. Of all the band’s oeuvre, Tago Mago has been most often cited as an influence for a host of artists including John Lydon, Radiohead, The Fall, Ariel Pink, Fuck Buttons, Sonic Youth, Factory Floor and Queens Of The Stone Age.

A 'landmark release in the history of rock ‘n’ roll' – MOJO Honours List winner of Classic Album Award

'stunning' – John Lydon

'sounds only like itself, like no-one before or after' – Julian Cope

'mind expanding' – Q

'The music was like nothing I’d ever heard before, not American, not rock & roll but mysterious and European.' – Bobby Gillespie, Primal Scream

..::TRACK-LIST::..

1. Paperhouse 07:28
2. Mushroom 04:03
3. Oh Yeah 07:22
4. Halleluhwah 18:32
5. Aumgn 17:36
6. Peking O 11:37
7. Bring Me Coffee Or Tea 06:46

..::OBSADA::..

Damo Suzuki - vocals
Holger Czukay - bass guitar, engineering, editing
Michael Karoli - electric guitar, acoustic guitar, violin
Jaki Liebezeit - drums, double bass, piano
Irmin Schmidt - Farfisa organ and electric piano, electronics, vocals (5)

https://www.youtube.com/watch?v=Uzm6DG_ezOg
Hasta la vista, baby!